Wiosna 2021, nr 1

Zamów

Przeczekamy i prosimy o przeczekanie. Odc. 5: Wyrok, którego miało nie być

Od lewej siedzą: ks. Andrzej Dymer, abp Andrzej Dzięga, bp Marian Błażej Kruszyłowicz i bp Henryk Wejman, uroczyste otwarcie Szpitala Rehabilitacyjnego Świętego Karola Boromeusza w Szczecinie 19 czerwca 2017. Fot. Krzysztof Hadrian / Agencja Gazeta

Do usunięcia biskupa z urzędu wystarczy „poważny brak sumienności” w kwestii wykorzystywania seksualnego osób małoletnich. W tej sprawie „poważny brak sumienności” to określenie najłagodniejsze z możliwych.

Minęło już ponad ćwierć wieku od chwili, gdy prawi ludzie w Szczecinie rozpoznali zło i zaczęli szukać sprawiedliwości. Szukali jej od 1995 r., najpierw w Kościele – ale do tej pory nie znaleźli. Kolejne osoby zgłaszały problem kolejnym biskupom, ale nic z tego nie wynikało. 25  lat zmagań o kościelny akt sprawiedliwości analizujemy w kolejnych częściach śledczego reportażu Zbigniewa Nosowskiego. Dziś odcinek piąty.

Część pierwsza: „Kościelny rezerwat niedostępności”
Część druga: „Jak z pokrzywdzonego zrobić oskarżonego”
Część trzecia: „Jak prowincjał z arcybiskupem o molestowaniu rozmawiali” 
Część czwarta: „Ćwierćprawda nie wyzwala”

*

Ten, od dawna przygotowywany piąty odcinek cyklu „Przeczekamy i prosimy o przeczekanie” miał wyglądać inaczej. Bardzo długo zabiegałem o rozmowę z metropolitą szczecińsko-kamieńskim, abp. Andrzejem Dzięgą. Chciałem usłyszeć jego odpowiedzi, poznać jego punkt widzenia, zrozumieć perspektywę, z której on patrzy na sprawę ks. Andrzeja Dymera. Bezskutecznie. 

„Publikuje Pan w sposób ukierunkowany”

Był jednak moment, że abp Dzięga wstępnie obiecał mi wywiad. 13 stycznia napisałem sms bezpośrednio do niego. Podkreśliłem, że koniecznie chodzi mi o rozmowę na żywo, a nie wywiad korespondencyjny (na taką formę „rozmowy” z nim zgodziłem się przed 10 laty, czego do dziś żałuję – więcej o tym w przypisie na końcu tekstu). Napisałem: „Jak Ksiądz Arcybiskup wie, analizuję m.in. sprawę ks. Dymera. Zależy mi na poznaniu argumentów Księdza Arcybiskupa. Chętnie przyjadę do Szczecina. Możliwe jest także nagranie rozmowy przez telefon lub przez komunikatory internetowe”.

Odpowiedź nadeszła – o dziwo! – tego samego dnia: „Panie Redaktorze, ponieważ proces [ks. Dymera – ZN] trwa, każdy komentarz do sprawy jest przedwczesny. Także mój byłby przedwczesny. Nie mam wątpliwości, że jest Pan tego w pełni świadomy. Odsyłam do odpowiedzi, otrzymanych już przez Pana od Rzecznika prasowego naszej Kurii. Abp Andrzej”. 

Odpisałem: „Ze swej strony nie mam wątpliwości, że jest Ksiądz Arcybiskup w pełni świadomy, iż w sprawie ks. Dymera – a raczej osób przez niego skrzywdzonych – każdy komentarz jest nie tyle przedwczesny, ile spóźniony. I to bardzo mocno spóźniony. Tę odmowę przyjmuję z wielkim smutkiem. Ale ja chciałbym porozmawiać z Księdzem Arcybiskupem również o innych sprawach. Czy będzie to możliwe?”.

15 stycznia – a więc już po publikacji czwartego odcinka tego cyklu, zatytułowanego „Ćwierćprawda nie wyzwala” – otrzymałem obiecującą odpowiedź od metropolity szczecińskiego: „Dla jasności: nie każde słowo jest przedwczesne. Ale każde przedwczesne słowo już na zawsze pozostaje przedwczesne. Wiem, że Pan ma bardzo dużą wiedzę oraz własne źródła informacji. Publikuje Pan też sporo i w sposób ukierunkowany. Jeśli jednak mogę w czymś dobrym pomóc, to – oczywiście – jestem do dyspozycji w granicach moich możliwości. Z dobrymi życzeniami łączę zapewnienie o modlitwie”.

Wyjaśniłem więc: „Jeśli chodzi o moje ukierunkowanie, to – jak od początku podkreślam – chodzi mi o prawdę i sprawiedliwość”. Podziękowałem za modlitwę, dyspozycyjność i gotowość do rozmowy. Prosiłem o ustalenie terminu i formy nagrania. Odpowiedzi już nie było. Późniejsze prośby i przypomnienia również pozostały bezowocne. Być może abp Dzięga uznał, że rozmowa ze mną nie pomoże „w czymś dobrym” – a taki „warunek” naszej rozmowy wskazał w ostatniej wiadomości, jaką do mnie napisał. 

Dziennikarska rzetelność nakazuje jednak zabiegać o stanowisko bohatera tekstu. Pod koniec lutego br. napisałem więc do kanclerza i rzecznika kurii szczecińskiej, ks. Sławomira Zygi. Wysłałem mu zestaw 11 pytań, zapowiadając następne, i prosząc o odpowiedź w imieniu archidiecezji i arcybiskupa. Odpowiedzią duchownego była jednak informacja, że właśnie zrezygnował z funkcji rzecznika. Ks. Zyga przekazał mi dwa inne adresy poczty elektronicznej, pod które mam kierować pytania (oba doskonale mi znane): ogólny adres kurii i adres sekretarza metropolity. Rzecz jasna, napisałem. Rzecz jasna, także na adres ks. Zygi jako kanclerza kurii (bo tę funkcję on nadal pełni). Rzecz jasna, znikąd odpowiedzi. 

Kościelny mobbing pokrzywdzonych

Pozostaje mi więc opisać tu kilka kwestii (zdecydowanie nie wszystkie), o które chciałem zapytać metropolitę szczecińsko-kamieńskiego. Skoro nie udało się uzyskać odpowiedzi do tej publikacji, może pojawią się publicznie teraz, gdy przedstawię nie tylko pytania, ale również moje wnioski i hipotezy? 

Dziś skupię się na kwestii odpowiedzialności abp. Dzięgi w sprawie ks. Dymera (inne, podobne przypadki zaniedbań metropolity szczecińsko-kamieńskiego chcę opisać oddzielnie). Od trzech szczecińskich duchownych (niezależnie od siebie) słyszałem o niepokojach, jakie przeżywał w tej sprawie metropolita. Cytowali mi jego słowa wypowiadane w gronie osób bardzo zaufanych: „Głupio byłoby odejść przez Dymera”… Czego mógł się obawiać abp Dzięga? Co mogło mu osobiście ciążyć na sumieniu? 

W trwającym ponad ćwierć wieku postępowaniu kolejni metropolici szczecińscy oraz metropolita gdański – jako zwierzchnicy kościelnych struktur sądowych – zamienili wymierzanie sprawiedliwości w uporczywe i długotrwałe nękanie skrzywdzonego człowieka

Zbigniew Nosowski

Od razu jednak podkreślam, że krytycznej refleksji nad wnioskami, jakie trzeba wyciągnąć z całej historii sprawy ks. Dymera, nie da się sprowadzić wyłącznie do tego, co zrobiły indywidualne osoby własną myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Problemem jest także systemowa niewydolność struktur kościelnych, umożliwiająca zjawisko, które nazwałbym kościelnym mobbingiem wobec osób pokrzywdzonych. Chodzi mi o rolę archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej, archidiecezji gdańskiej i watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary w działaniach wobec ofiar ks. Dymera, zwłaszcza franciszkanina Tarsycjusza Krasuckiego, który stał się głównym świadkiem oskarżenia, a dlatego również celem ataków (trwających także obecnie, nawet po śmierci krzywdziciela) ze strony oskarżonego i jego obrońców, a także ich medialnych sojuszników. 

Używam z pełnym rozmysłem określenia „kościelny mobbing” – nie potrafię bowiem inaczej nazwać trwającego niemal 13 lat procesu kanonicznego drugiej instancji. Przez ponad 9 lat nawet nie został on rozpoczęty, mimo polecenia Kongregacji Nauki Wiary. Gdy już się rozpoczął, przewlekany był – głównie na skutek starań obrońców ks. Dymera – przez ponad 3 lata. A pamiętać trzeba jeszcze i o wcześniejszym, ponad 12-letnim okresie, jaki dzielił pierwsze zgłoszenie biskupowi podejrzeń, iż dyrektor Ogniska św. Brata Alberta molestuje seksualnie swych wychowanków (jesień 1995 r., zgłoszenie przyjął bp Stanisław Stefanek) od rozpoczęcia karnego procesu kanonicznego (2004 r.) i wydania pierwszego w tej sprawie wyroku sądu kościelnego (2008 r.). 

W tym, trwającym ponad ćwierć wieku, postępowaniu kolejni metropolici szczecińscy oraz metropolita gdański – jako zwierzchnicy kościelnych struktur sądowych – zamienili wymierzanie sprawiedliwości w uporczywe i długotrwałe nękanie skrzywdzonego człowieka. Przypomnę słowa ojca Tarsycjusza, który jesienią 2020 r. opowiadał mi, że ma już dosyć ciągania po sądach i tłumaczenia, że nie jest wielbłądem: „Od 28 lat żyję z tym piętnem. Od 16 lat trwają kolejne przesłuchania, wezwania, posiedzenia, badania, procesy – a każdy taki fakt to dla mnie kolejne upokorzenie… Kiedyś nawet prawie całą korespondencję sądową wrzuciłem do niszczarki, bo już nie chciałem z tym mieć nic wspólnego. Kto w tym wszystkim patrzy na moją krzywdę jako 17-letniego chłopaka, za którą nie przeprosił ani sprawca, ani przedstawiciele kryjących go struktur kościelnych? Czy tak trudno rozeznać w kościelnym trybunale, że ten ksiądz nadużywał swojej funkcji dla własnych korzyści seksualnych?”.

Nawet po śmierci

Paradoksalnie, nękanie to trwa również po wydaniu wyroku drugiej instancji (12 lutego 2021 r.) i po śmierci ks. Dymera (16 lutego 2021 r.). Gdański Trybunał Metropolitalny poinformował opinię publiczną o wydaniu wyroku, nie przekazał jednak treści werdyktu. Treści tej nie poznał do tej pory nawet ojciec Tarsycjusz Krasucki. 

Poruszony taką sytuacją jest dr hab. Michał Królikowski, profesor prawa karnego na Uniwersytecie Warszawskim: „W powszechnym procesie karnym jest to rzecz nie do pomyślenia i stanowi jaskrawe pogwałcenie praw osoby pokrzywdzonej przestępstwem. Rozstrzygnięcie – ocenienie i w przypadku skazania: publiczne potępienie sprawcy, w sposób ujawniony wobec pokrzywdzonego – jest jednym z fundamentów wymierzania sprawiedliwości”. Królikowski zwraca też uwagę na inny aspekt sprawy: „Podobnie za bezwzględnie konieczną uważam – ale tym razem przede wszystkim z powodu gwarancji praw oskarżonego – jawność ewentualnego wyroku uniewinniającego. Niepokoi wrażenie, że w tym przypadku wątpliwości instytucjonalnych co do ujawnienia treści orzeczenia sądu w omawianej sprawie byłoby znacznie mniej”. 

Bez wątpienia w tym przypadku dysponentem wyroku jest Kongregacja Nauki Wiary. To ona w 2008 r. zleciła metropolicie gdańskiemu, abp. Sławojowi Leszkowi Głódziowi rozpoczęcie procesu apelacyjnego. To do niej więc – po prawie 13 latach – trafił wyrok z Gdańska. Również prośby ojca Tarsycjusza o przedstawienie mu werdyktu sędziowskiego zostały przez archidiecezję gdańską przekazane do KNW i to tam ma zapaść decyzja, „w jakim zakresie treści zawarte w wyroku mogą być udostępnione osobom pokrzywdzonym” (to cytat z odpowiedzi, jaką otrzymał franciszkanin z Gdańskiego Trybunału Metropolitalnego). 

Protestami polskiej opinii publicznej w tej sprawie kongregacja się bynajmniej nie przejmuje. Według nieoficjalnych informacji intensywne starania w Watykanie na rzecz szybkiej publikacji wyroku w sprawie ks. Dymera podejmują przedstawiciele Kościoła w Polsce, odpowiedzialni za ochronę dzieci i młodzieży. Efektów na razie wciąż nie widać. Okazuje się, że z punktu widzenia Watykanu problemy polskie są albo mało istotne, albo nierozumiane. Zaś wbrew deklaracjom z najwyższego szczebla Kościoła w praktyce procesowej wciąż realne potrzeby osób pokrzywdzonych nie są stawiane na pierwszym miejscu. 

Ojciec Tarsycjusz – i inni pokrzywdzeni – nadal nie wiedzą, czy druga instancja oficjalnie uznała winę ks. Dymera i jaką wyznaczyła karę… Muszą wciąż zastanawiać się, czy fakt, iż Andrzeja Dymera pochowano jako duchownego, oznacza, że w drugiej instancji nie zapadła decyzja o usunięciu sprawcy wielokrotnego molestowania z kapłaństwa (w moim przekonaniu ks. Dymer na nią zdecydowanie „zasłużył”) – czy też decyzja taka zapadła, lecz nie zdążono jej zakomunikować oskarżonemu, więc nie weszła w życie, albo „tylko” nie przekazano jej rodzinie i przyjaciołom zmarłego. Czyż to nie jest ciąg dalszy strukturalnego nękania osób pokrzywdzonych? 

A na dodatek bezpośrednią konsekwencją braku ogłoszenia informacji o wyroku są kolejne artykuły Sebastiana Karczewskiego w „Naszym Dzienniku”, w których autor szkaluje ojca Tarsycjusza i wszystkie osoby zaangażowane na rzecz sprawiedliwości (zob. odpowiedź ojca Krasuckiego: „Rzeczywisty stan sprawy ks. Dymera”). Każdy dzień rozdrapuje stare rany i tworzy nowe. Tego doświadczają i tak uważają również inne osoby pokrzywdzone, z którymi jestem w kontakcie. W tej sytuacji trzeba jasno powiedzieć, że ktokolwiek w Watykanie przedłuża obecnie procedurę ogłoszenia wyroku w tej sprawie, obciąża swoje sumienie dodatkową krzywdą osób już wielorako skrzywdzonych. 

Domniemanie niewinności

Wróćmy jednak do abp. Dzięgi i do parasola ochronnego, jaki roztaczał on przez 12 lat nad ks. Dymerem. Przypomnieć trzeba, że metropolitą szczecińskim bp Dzięga został na początku roku 2009. Już rok później – znając dobrze wyrok, jaki zapadł w szczecińskim trybunale kościelnym w sprawie ks. Dymera w kwietniu 2008 r. – oficjalnie docenił biznesową skuteczność i menedżerską obrotność przedsiębiorczego duchownego. 

24 marca 2010 r. abp Dzięga powołał do życia Instytut Medyczny im. Jana Pawła II. Dyrektorem Instytutu został ks. Andrzej Dymer. W imieniu archidiecezji zarządzał on kilkoma przedsięwzięciami opiekuńczo-leczniczymi (szpital rehabilitacyjny i trzy domy pomocy społecznej), obficie korzystając także z dostępnych środków publicznych. Metropolita szczecińsko-kamieński wielokrotnie osobiście występował publicznie razem z ks. Dymerem. Sadził z nim drzewka przy prowadzonych inwestycjach, święcił wyremontowane przez niego lokale, wspólnie świętowali z politykami, siedzieli ramię w ramię na konferencjach prasowych. 

Abp Dzięga – ekspert prawa kanonicznego – kierował się zapewne pod tym względem jak najszerszym rozumieniem zasady znanej także w prawie świeckim, że przed zapadnięciem wyroku prawomocnego każdą osobę należy uznawać za niewinną. W Wytycznych Konferencji Episkopatu Polski ta zasada brzmi: „Oskarżony duchowny aż do momentu udowodnienia mu winy korzysta z domniemania niewinności”. 

W czerwcu 2017 r. szef watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary miał być w Szczecinie gościem honorowym uroczystości organizowanej przez ks. Dymera, który od 13 lat miał w tej kongregacji status oskarżonego. A wszystko działo się na zaproszenie abp. Andrzeja Dzięgi…

Zbigniew Nosowski

Udostępnij cytat

Metropolita szczeciński świadom był, rzecz jasna, wyroku pierwszej instancji, który wydał „zakaz powierzania mu [Dymerowi – ZN] funkcji związanych z posługą duszpasterską w sektorze młodzieżowym i dziecięcym” oraz nakazał przekazanie trzymiesięcznych dochodów „na potrzeby Domu Samotnej Matki w diecezji”. Od tego wyroku ks. Dymer złożył apelację, formalnie zatem w sensie ścisłym nie obejmowały go żadne kary kanoniczne, a proces nadal trwał. 

Tyle że poza względami formalnymi (a w Kościele: zdecydowanie ponad nimi) powinna być jeszcze moralność.  Nawet jeśli ktoś zakładał złą wolę osób, które oskarżały Dymera o przestępstwa seksualne, wystarczała elementarna przyzwoitość, aby zrozumieć, że – przy tak poważnych zarzutach stawianych przez tak wiele osób – należy przynajmniej pozbawić oskarżonego wszelkich funkcji kościelnych, by cierpliwie czekał na ostateczny (i szybki) werdykt trybunału drugiej instancji. 

Arcybiskupowi Dziędze tej elementarnej przyzwoitości zabrakło. Postępował dokładnie odwrotnie. To on wydobył Dymera z kościelnego bocznego toru (prowadził dom księży emerytów, dokąd skierował go abp Kamiński) i postawił go w świetle jupiterów. Już w pierwszym roku swojej bytności w Szczecinie nowy metropolita dał się uwieść wizji przedsiębiorczego duchownego, po czym powierzył mu w imieniu archidiecezji zadanie bardzo prestiżowe i wymagające dużej aktywności publicznej. Tę decyzję arcybiskupa jego rzecznik zawsze tłumaczył, wskazując, że ks. Dymer jest odsunięty od oficjalnych zadań i funkcji duszpasterskich, a sprawuje jedynie funkcje administracyjno-organizacyjne. Sęk w tym, że te ostatnie były bardzo eksponowane. 

Dlaczego tę sprawę pominięto 

Wśród poważnych zaniedbań abp. Andrzeja Dzięgi w sprawie ks. Dymera wymienić trzeba także brak zaangażowania z jego strony w dążenie do uwzględnienia w procesie kanonicznym spraw, które były – już za kadencji Dzięgi w Szczecinie – rozpatrywane przez kilka lat, aż do 2015 r., w prokuraturze i sądach państwowych. Sprawy te były też opisywane w mediach, nie sposób więc przyjąć, że metropolita o nich nie wiedział. Mało tego, wielokrotnie w debacie publicznej pojawiał się zarzut dominikanina Marcina Mogielskiego, że w procesie kanonicznym pierwszej instancji nie przesłuchano najmłodszego z chłopców wykorzystanych seksualnie przez ks. Dymera (miał ukończone 14 lat, gdy doszło do zarzucanego czynu). 

Nieuwzględnienie w procesie kanonicznym sprawy dotyczącej najmłodszego z pokrzywdzonych jest o tyle bulwersujące, że w prokuraturze i sądach państwowych ciągnęła się ona przez ponad 7 lat – jej ustalenia powinny więc zainteresować także sąd kościelny. Arcybiskup jest zresztą do tego zobowiązany przez Wytyczne polskiego episkopatu, które sam przygotowywał jako przewodniczący Rady Prawnej KEP. Punkt 15 Wytycznych stwierdza: „Przełożony kościelny ma obowiązek zapoznania się z rozstrzygnięciami organów państwowych i uwzględnić je w swoich decyzjach”.

Mało tego, w 2014 r. – w trakcie trwania tego procesu – rzecznik szczecińskiej kurii stwierdził w oświadczeniu: „Archidiecezja ma pełne zaufanie do możliwości, jakie posiada polski wymiar sprawiedliwości w zakresie skutecznego gromadzenia środków dowodowych, i chce owoce tego dochodzenia, z zachowaniem przepisów polskiego prawa, uwzględnić w dalszym toku postępowania kanonicznego. Stolica Apostolska jest o tym powiadomiona”. Mimo tej deklaracji sprawa, o której mowa, do postępowania kanonicznego jednak nie trafiła. 

Być może stało się tak dlatego, że przebieg sprawy w sądzie był inny niż życzyłby sobie tego ks. Dymer i archidiecezja? Ostatnim merytorycznym wyrokiem, jaki w tej sprawie zapadł, jest bowiem uchylenie przez sąd apelacyjny wyroku uniewinniającego ks. Dymera. Sąd okręgowy poddał wyrok niższej instancji miażdżącej krytyce. Stwierdził m.in.: „Niewątpliwym jest bowiem, że dokonując oceny zgromadzonego materiału dowodowego, Sąd I instancji potraktował wybiórczo materiał dowodowy i uwzględnił jedynie te dowody, które były dla oskarżonego korzystne”. 

Sprawa została przesłana do ponownego rozpatrzenia przez sąd rejonowy. Tam jednak doszło już tylko do umorzenia postępowania z uwagi na fakt, że nastąpiło przedawnienie karalności czynu dokonanego przez ks. Dymera wobec poszkodowanego poniżej lat 15. Ostatecznie ks. Dymer nie został więc w tej sprawie przez sąd uniewinniony, lecz umorzono wobec niego postępowanie z powodu przedawnienia karalności. A to duża różnica, którą proces kanoniczny powinien wziąć pod uwagę. 

Bierność cnotą?

Prawdopodobnie w tych kwestiach arcybiskup będzie się bronił, twierdząc, że on przyszedł do Szczecina już po wyroku pierwszej instancji i nie było jego rolą wpływanie na niezawisły trybunał drugiej instancji. Tyle że to słaby argument. Bierność biskupa wobec procesu drugiej instancji może być uznana nie za cnotę (jak chciałby to przedstawiać sam abp Dzięga), lecz wręcz za zaniechanie, które nie pozwoliło na pełne przedstawienie prawdy i właściwe wymierzenie sprawiedliwości. 

W karnym procesie kanonicznym bowiem to biskup – reprezentowany przez promotora sprawiedliwości (odpowiednik prokuratora) – występuje jako oskarżyciel. W tym przypadku formalnie sprawa trafiła w drugiej instancji już do innej diecezji, ale biskup pierwszej instancji – choćby jako przełożony oskarżonego duchownego – powinien być zainteresowany odpowiednim (i szybkim) przebiegiem procesu. Czyli zabiegać o to, czemu służy proces – wymierzenie sprawiedliwości. Tym bardziej powinno tak być, gdyby biskup był przekonany o niewinności oskarżonego. Właśnie wtedy powinien szczególnie usilnie dążyć do aktu sprawiedliwości oczyszczającego oskarżonego. 

Przez ponad 12 lat ks. Dymerowi i jego sojusznikom udawało się wyprowadzać w pole nawet największe polskie media

Zbigniew Nosowski

Udostępnij cytat

Nie można w tej refleksji abstrahować także od bliskich osobistych relacji, jakie łączyły abp. Dzięgę z ówczesnym metropolitą gdańskim, abp. Sławojem Leszkiem Głódziem. Obaj współpracowali blisko od wielu lat. Gdy Głódź przyjechał do Polski z Rzymu i został biskupem polowym, kanclerzem jego kurii był w latach 1992–1995 ks. dr Dzięga. Gdy już kanonista został biskupem w Sandomierzu, obaj blisko współpracowali. Spotykali się nie tylko na plenarnych posiedzeniach KEP, lecz także np. należeli wspólnie do Zespołu ds. Duszpasterskiej Troski o Radio Maryja. Obaj są uważani za głównych hamulcowych w KEP w zakresie działań dotyczących wykorzystywania seksualnego osób małoletnich (np. abp Głódź zastopował kilka lat temu pomysł utworzenia kościelnych regionalnych punktów konsultacyjnych, bo uznał, że po prostu nie ma takiej potrzeby). Abp Dzięga przyjeżdżał do Bobrówki (rodzinna wieś Głódzia, gdzie ma on słynną rezydencję), także w sytuacjach rodzinnych, np. na pogrzeb brata metropolity gdańskiego. Wygłaszał w czerwcu 2020 r. homilię z okazji 50-lecia święceń kapłańskich abp. Głódzia. A w grudniu 2020 r. obaj koncelebrowali Mszę świętą z okazji 29. urodzin Radia Maryja – i obaj milczeli, gdy o. Tadeusz Rydzyk uznał wtedy bp. Edwarda Janiaka za współczesnego męczennika. 

Trudno mi uwierzyć, by ci dwaj hierarchowie – spotykając się często i przy różnych okazjach – ani razu nie rozmawiali o procesie kanonicznym wpływowego szczecińskiego duchownego, skoro prowadzenie tego procesu zostało zlecone przez Watykan właśnie archidiecezji gdańskiej. Byłoby to wręcz psychologicznie dziwne i niezrozumiałe, gdyby ten temat pomijali i nie informowali się o stanie postępowania. 

Proces, który miał trwać w nieskończoność

Wcale jednak nie jest dla mnie pewne, czy ten proces w ogóle miał się dalej toczyć. Szczegółowa analiza dat wszystkich znanych wydarzeń okołoprocesowych prowadzi mnie do postawienia hipotezy, że być może dla wielu wpływowych osób upragnionym i pożądanym stanem rzeczy było właśnie trwanie sprawy ks. Dymera w zawieszeniu. Powtarzam: jest to hipoteza, bo wciąż, pomimo wielu starań, nie poznałem akt procesowych w całości, a główni zainteresowani odmawiają rozmowy. 

Coraz bardziej nabieram jednak przekonania, że ten proces właśnie miał trwać w nieskończoność. Wyrok pierwszej instancji, jak się wydaje, miał tkwić w kościelnym „rezerwacie niedostępności” (to cytat z pisma, jakie otrzymałem od oficjała Gdańskiego Trybunału Metropolitalnego, ks. Jerzego Więcka, wraz z odmową przekazania informacji – zob. pierwszy odcinek cyklu) i nigdy nie miał być ogłoszony. Rzecznik szczecińskiej kurii miał powtarzać jak mantrę: „Wszyscy cierpliwie oczekujemy na rozstrzygnięcie”. Ale po kilkunastu latach już chyba mało kto wierzył w zakończenie tego postępowania. 

Być może jednak wyrok w drugiej instancji właśnie – przynajmniej przez długi czas – po prostu miał nie zapaść? Brak ostatecznego wyroku pozwalał przecież na dalsze traktowanie ks. Dymera jako osoby niewinnej. Takie podejście jest bardzo racjonalne z punktu widzenia interesu oskarżonego. Wiadomo, że nawet w świetle zgromadzonego (mocno wszak niepełnego!) materiału dowodowego inny wyrok niż stwierdzający winę ks. Dymera wydawał się w procesie kanonicznym niemożliwy. W takiej sytuacji „najlepszą” reakcją na spodziewany werdykt nieuchronnie skazujący jest odwlekanie momentu zapadnięcia wyroku. 

Tak właśnie było w tym przypadku: najpierw działania na przeczekanie, wieloletni brak dekretu rozpoczynającego proces, potem pozorowane oczekiwanie na zakończenie postępowań przed sądami państwowymi, później przewlekanie procesu, podważanie wiarygodności świadków przez obronę, zgłaszanie kolejnych badań, którym powinien być poddany o. Tarsycjusz lub ks. Dymer, itd. itp. Ta sądowa zabawa w ciuciubabkę miała chyba trwać w nieskończoność. A wszyscy dokoła mieli się zniechęcić do interesowania się sprawą…

Strategia ta długo była skuteczna. Przez wiele lat opinia publiczna była przekonana, że w sprawie ks. Dymera realnie trwa postępowanie odwoławcze. Informował o tym rzecznik kurii szczecińskiej. Tymczasem przez ponad 9 lat proces kanoniczny drugiej instancji ani drgnął, nawet się formalnie nie rozpoczął. Metropolicie gdańskiemu w niczym nie przeszkadzały kolejne ponaglenia z watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary. Wedle moich ustaleń 15 lipca 2008 r. KNW wystosowała pismo do abp. Sławoja Leszka Głódzia, w którym poleciła mu rozpoczęcie procedowania sprawy. I nic… Następnie kongregacja przypominała się co najmniej trzykrotnie: 23 sierpnia 2013 r., 5 listopada 2013 r. (cytat: „Będę bardzo zobowiązany Waszej Ekscelencji, jeśli będzie można rozpocząć proces drugiej instancji jak najszybciej to możliwe”), wreszcie 30 października 2017 r. 

Dlaczego ówczesny metropolita gdański mógł sobie pozwolić na tak długie niewszczynanie sprawy szczecińskiej w drugiej instancji mimo jednoznacznych zaleceń z Watykanu? Zapewne sądził, że mało kto będzie w tej sprawie protestował. Zresztą była to tylko kolejna pozycja na długiej liście zarzutów, jakie kierowano pod jego adresem. On jednak czuł się na tyle mocno, że mógł się tym nie przejmować. Przecież bez żadnej reakcji pozostawały liczne nadużycia abp. Głódzia zgłaszane przez gdańskich duchownych i świeckich kościelnym władzom, z papieżem włącznie – zob. „Z Gdańska na watykański Berdyczów, czyli kalendarium działań bezowocnych”)

Taka sytuacja bardzo odpowiadała również metropolicie szczecińsko-kamieńskiemu.  Brak wyroku drugiej instancji pozwalał abp. Dziędze na dalsze traktowanie ks. Dymera jako formalnie niewinnego, a tym samym korzystanie pełną garścią z jego biznesowej obrotności. Klasyczne podejście w duchu „Przeczekamy i prosimy o przeczekanie”… W świetle tej hipotezy bardziej zrozumiała byłaby także bierność metropolity szczecińsko-kamieńskiego w trakcie procesu kanonicznego. Mógł on nie przejawiać w tej dziedzinie aktywności, dążąc do przedłużania stanu procesowego zawieszenia. 

Nawet media nic nie zdziałały

Sam oskarżony natomiast mógł w tej sytuacji swobodnie działać, licząc na zmęczenie i rezygnację wszystkich kolejnych oskarżycieli. To zmęczenie było zresztą łatwo dostrzegalnym faktem. Bo jak długo można walić głową w mur? Z działań w tej sprawie rezygnowali – w poczuciu bezradności – nie tylko świeccy i duchowni, których wysiłki wcześniej opisywałem, lecz także tuzy polskiego dziennikarstwa. 

Przypomnieć bowiem trzeba (o czym dziś wiele osób zapomina), że w sprawie ks. Dymera (podobnie jak w innej, też szczecińskiej, którą jeszcze przyjdzie mi tu opisać) na wcześniejszych etapach nie pomogło nawet zaangażowanie wielkich ogólnopolskich mediów. W 2008 r. pojawił się niezwykle głośny reportaż w „Gazecie Wyborczej”. Swoje śledcze trzy grosze dołożył ówczesny „Dziennik”. O sprawie pisały wtedy i mówiły wszystkie duże media. Autorzy reportażu otrzymywali prestiżowe nagrody dziennikarskie. I nic… W 2014 r. do gry na szeroką skalę wkroczyła telewizja TVN24. Reportaż „Superwizjera” odbił się głośnym echem. Przyłączyła się „Rzeczpospolita”. I nadal nic. Potem już jedynie z rzadka pojawiały się pojedyncze artykuły. 

Brak wyroku drugiej instancji pozwalał abp. Dziędze na dalsze traktowanie ks. Dymera jako formalnie niewinnego, a tym samym korzystanie pełną garścią z jego biznesowej obrotności

Zbigniew Nosowski

Udostępnij cytat

Przez ponad 12 lat ks. Dymerowi i jego sojusznikom udawało się więc wyprowadzać w pole nawet największe polskie media. Dziennikarze najpierw ujawniali, oskarżali, oburzali się, ale w końcu milkli i rezygnowali – a on swobodnie działał dalej. Zdobywał państwowe i samorządowe dotacje, bywał na salonach, przyjaźnił się z profesorami, leśnikami i oficerami służb specjalnych… Jeździł na polowania, handlował tym i owym. Kolejni rektorzy szczecińskiego seminarium duchownego ostrzegali kleryków przed kontaktami z podejrzanym duchownym. Ale w istocie nadal nic się nie zmieniało. Ks. Dymer pozostawał – zgodnie z tytułem reportażu TVN24 z 2014 r. –„Nietykalny”. 

Rozmawiałem z prawie wszystkimi autorami dawnych publikacji o sprawie szczecińskiej. Każdy z nich odczuwał coś w rodzaju kaca moralnego, że odpuścił, że nie dokończył tematu, że nie doprowadził sprawy do punktu krytycznego. Bardzo długo wielką szczelnością wykazywał się także kościelny „rezerwat niedostępności”. Dopiero w 2019 r. Radosław Gruca – który od 2008 r. drąży różne wątki sprawy Dymera chyba najbardziej nieustępliwie – zdobył informację, że proces drugiej instancji toczy się w Gdańsku. Natomiast kluczowa treść kościelnego wyroku z kwietnia 2008 r. pozostawała tajna aż do listopada 2020 r., gdy ujawniłem ją w pierwszym odcinku tego cyklu.

„Operacja Kardynał” 

Nic więc dziwnego, że w takiej sytuacji – w 2017 r., gdy ks. Dymer elegancko kończył kapitalny remont budynku dawnego szpitala kolejowego – abp Andrzej Dzięga postanowił poszerzyć parasol ochronny, jaki przez lata roztaczał nad obrotnym duchownym. Próbował go rozciągnąć aż po Watykan, sięgając do samego serca Kongregacji Nauki Wiary. 

Ten dzień miał być symbolicznym uniewinnieniem ks. Andrzeja Dymera. Ten dzień, czyli 19 czerwca 2017 r. Miał być, ale w ostatniej chwili nie wypalił najważniejszy punkt programu.  

 „Zauważył pan, że oni wszyscy tacy smutni siedzą na tym zdjęciu?” – spytał mnie pewien szczeciński ksiądz, wskazując na fotografię, która towarzyszyła pierwszemu odcinkowi cyklu „Przeczekamy i prosimy o przeczekanie” (i towarzyszy też obecnemu, już piątemu). Zauważyłem, ale nie wiedziałem, dlaczego są smutni. 

Obok siebie na ławce siedzą na tym zdjęciu: dyrektor Instytutu Medycznego im. Jana Pawła II ks. Andrzej Dymer, metropolita szczecińsko-kamieński abp Andrzej Dzięga oraz jego dwaj biskupi pomocniczy: Marian Błażej Kruszyłowicz i Henryk Wejman. Na żadnej twarzy nie widać nawet śladu radości. Miny mają raczej jak na stypie. A przecież uczestniczą w radosnym wydarzeniu. 

Zaplanowana z pompą na ten dzień uroczystość poświęcenia pięknie wyremontowanego szczecińskiego Szpitala Rehabilitacyjnego św. Karola Boromeusza odbyła się. Goście zjechali pozornie przykładnie. Było czterech biskupów – poza już wymienionymi także biskup łomżyński Stanisław Stefanek, wcześniej wieloletni biskup pomocniczy szczeciński, przyjaciel, protektor i największy kościelny promotor ks. Dymera. 

Zjawili się politycy, którzy zawsze doceniali działania zmarłego niedawno duchownego. W pierwszym rzędzie siedzieli przedstawiciele władz państwowych, politycy Prawa i Sprawiedliwości: wicemarszałek Sejmu Joachim Brudziński, szefowa Kancelarii Premiera Beata Kempa (premierem była wtedy Beata Szydło), minister w Kancelarii Premiera Paweł Szefernaker, który jest absolwentem Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego założonego przez Dymera. Był też europoseł Sojuszu Lewicy Demokratycznej Bogusław Liberadzki, wówczas wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego. 

Gości było jednak mniej, niż przewidywał główny organizator uroczystości. Na fotografiach prasowych widać, że podczas Mszy świętej część przygotowanych ławek świeciła pustkami. Zabrakło przede wszystkim zapowiadanego gościa honorowego, którego obecność na tej uroczystości miała dobitnie pokazać Szczecinowi i Polsce, że epoka oskarżeń ks. Dymera należy do przeszłości. 

Ten wielki nieobecny – choć z dumą zapowiadany – to kard. Gerhard Ludwig Müller. Był on wówczas prefektem Kongregacji Nauki Wiary, czyli watykańskiej instytucji, która m.in. prowadzi wszystkie sprawy duchownych oskarżonych o wykorzystywanie seksualne osób małoletnich. W tejże kongregacji od roku 2004 prowadzona jest – pod sygnaturą CDF Prot. N 870/2004 – dokumentacja postępowania karnego przeciwko ks. Andrzejowi Dymerowi. 

I oto w czerwcu 2017 r. najwyższy szef tej kongregacji miał być w Szczecinie gościem honorowym uroczystości organizowanej przez człowieka, który w jego kongregacji miał od 13 lat status oskarżonego. Kard. Müller miał – stojąc obok ks. Andrzeja Dymera – przewodniczyć modlitwom i święcić budynek wyremontowanego szpitala. To tak jakby prokurator generalny przyszedł na bankiet zorganizowany przez osobę oskarżaną o ciężkie przestępstwa finansowe. A wszystko działo się na zaproszenie abp. Andrzeja Dzięgi…

„Ksiądz Kardynał nie znał osobiście ks. Dymera” 

W ostatniej chwili gość z Watykanu odwołał jednak swój udział. Stąd właśnie – jak słyszę od szczecińskich duchownych – ten smutek na twarzach osób uwiecznionych na pamiątkowej fotografii. „Dla nas najpierw zaskoczeniem była informacja, że prefekt KNW przyjeżdża na tę właśnie uroczystość. A potem – że jego wizyta została odwołana” – mówi mi dobrze zorientowany szczeciński ksiądz. 

Faktem jest, że w czerwcu 2017 r. kard. Gerhard Ludwig Müller gościł w Polsce. W sobotę 17 czerwca był w Rytwianach (diecezja sandomierska). Przewodniczył tam, jako delegat papieski, głównym uroczystościom jubileuszowym 400-lecia Pustelni Złotego Lasu (obecni byli także m.in. minister środowiska Jan Szyszko, podsekretarz stanu w tym resorcie Andrzej Konieczny oraz dyrektor generalny Lasów Państwowych Konrad Tomaszewski). Kardynał posadził tam pamiątkowe drzewo oraz poświęcił relikwie św. Jana Gwalberta dla leśników.

W niedzielę 18 czerwca niemiecki gość z Watykanu przewodniczył patronalnemu świętu diecezji zielonogórsko-gorzowskiej w Rokitnie, w sanktuarium (skądinąd bardzo pięknym) Matki Bożej Cierpliwie Słuchającej. W wydarzeniu udział brała m.in. minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska. Tam kardynał spotkał abp. Dzięgę, który brał udział w uroczystościach, gdyż diecezja zielonogórsko-gorzowska należy do metropolii szczecińsko-kamieńskiej. 

Z Rokitna Dzięga i Müller mieli udać się do Szczecina, gdzie w poniedziałek 19 czerwca zaplanowano uroczystość przy szpitalu ks. Dymera. Kardynał jednak w ostatniej chwili zmienił plany. Dlaczego? Czy miało to związek – jak twierdzą moi rozmówcy – z osobą gospodarza uroczystości? 

Abp Andrzej Dzięga przez lata roztaczał nad ks. Dymerem parasol ochronny. Próbował go rozciągnąć aż po Watykan. Czy teraz za to zapłaci?

Zbigniew Nosowski

Udostępnij cytat

Z pytaniem o przyczyny odwołania wizyty kardynała Müllera w Szczecinie zwróciłem się oczywiście do kurii szczecińskiej – na wskazane przez kanclerza Zygę adresy poczty elektronicznej. Efekt do przewidzenia – żaden. 

Bardziej skory do współpracy był osobisty sekretarz kard. Müllera. Jest nim polski duchowny z diecezji łomżyńskiej, ks. dr Sławomir Śledziewski. Odpowiedź od niego otrzymałem dość szybko. Milczeniem pominął ks. Śledziewski moje pytanie, czy odwołanie wizyty kard. Müllera w Szczecinie miało związek z faktem, że osobą odpowiedzialną za szpitalną inwestycję był ks. Andrzej Dymer. W jego odpowiedzi oskarżony duchowny jest po prostu nieobecny: „Ksiądz Kardynał musiał wrócić po uroczystościach w Rokitnie do Watykanu. Jeszcze w niedzielę 18 czerwca 2017 r. wróciliśmy do Rzymu, gdyż Kardynał miał pilne spotkanie w poniedziałek z Papieżem Franciszkiem. Zostało to omówione z ks. abp. Dzięgą, na którego zaproszenie mieliśmy być w Szczecinie”. 

Rzecz jasna, otrzymawszy taką odpowiedź, natychmiast zadałem kolejne pytanie: Czy przyjmując zaproszenie na tę uroczystość, prefekt Kongregacji Nauki Wiary wiedział, że osobą odpowiedzialną za szczecińską inwestycję jest ks. Andrzej Dymer, przeciwko któremu KNW prowadziła wówczas karny proces kanoniczny drugiej instancji? Na to pytanie ks. Śledziewski odpowiedział następująco: „Ksiądz Kardynał przyjął początkowo zaproszenie od abp. Dzięgi, jak już wspominałem. Później musiał wrócić do Rzymu, o czym też pisałem. Ksiądz Kardynał nie znał osobiście ks. Dymera. To wszystko w tej sprawie”.

A miało być tak pięknie…

Moje źródła szczecińskie pozwalają jednak na przedstawienie nieco innej wersji. Watykański kardynał miał w ostatniej chwili zrozumieć, na jak niebezpieczne pole minowe wkroczyłby, pojawiając się w Szczecinie u boku duchownego oskarżanego – i to wewnątrz jego kongregacji! – o poważne przestępstwa. 

Być może kardynał Müller uznał, że musi uniknąć takiej publicznej kontrowersji, gdyż wiedział, że gromadzą się już nad nim czarne chmury w Watykanie? Przecież zaledwie dziesięć dni później (30 czerwca 2017 r.) gruchnęła wiadomość, że papież nie przedłuży jego mandatu jako prefekta KNW na kolejną kadencję. Tych hipotez zapewne nie uda się zweryfikować w najbliższym czasie. Pewne jest natomiast, że watykańskiego kardynała na uroczystość organizowaną przez ks. Dymera zaprosił abp Dzięga i że wizyta ta została odwołana w ostatniej chwili. Uroczystość przy szpitalu odbyła się z pompą, ale zabrakło w niej wymiaru symbolicznie najważniejszego. 

Bo przecież gdyby prefekt potężnej Kongregacji Nauki Wiary wziął udział w tej uroczystości, stałoby się czytelne, że Watykan nic nie ma przeciwko ks. Dymerowi. Na dowód zawsze można by stosowne zdjęcie pokazać. A gdyby ktoś jednak uparcie zadawał dociekliwe pytania o wynik procesu kanonicznego, rzecznik kurii mówiłby z głęboką troską o konieczności zachowywania tajemnicy papieskiej oraz o ochronie intymności i dóbr zainteresowanych osób. I w końcu ludzie przestaliby się dopytywać. Nie tylko pobity zostałby rekord świata w długości trwania postępowania kanonicznego, ale też udałoby się wyprowadzić w pole zarówno natrętnych żurnalistów, jak i własnych wewnątrzkościelnych samozwańczych bojowników o sprawiedliwość.  

Nie wiem, kto tak wymyślił tę uroczystość. Być może sam ks. Dymer, korzystając ze wsparcia swoich wpływowych przyjaciół – emerytowanego od 2011 r. biskupa łomżyńskiego Stanisława Stefanka (z tej diecezji pochodzi sekretarz kardynała) lub ministra środowiska Jana Szyszki (wielokrotnie blisko współpracował z kard. Müllerem, Radio Maryja określało ich nawet jako przyjaciół). Nie ulega jednak wątpliwości, że zaproszenie dla kardynała do bycia gościem ks. Dymera wystosował abp Dzięga – to on zatem powinien ponieść odpowiedzialność za tę sytuację, którą swobodnie można nazwać niedopuszczalną próbą zakłócenia i wywarcia wpływu na przebieg karnego postępowania kanonicznego. 

Nareszcie rusza proces 

Warto jeszcze przyjrzeć się kilku datom z drugiej połowy 2017 r. (każda z nich padała już w tym cyklu, ale dopiero połączone razem przemawiają). Pamiętajmy, że stan wyjściowy w czerwcu 2017 r. to całkowite zamarcie procesu kanonicznego drugiej instancji (formalnie nawet nie został jeszcze rozpoczęty). Niepowodzenie „Operacji Kardynał” rozpoczęło nową fazę sprawy ks. Dymera.

1 lipca 2017 r. Stolica Apostolska ogłasza decyzję papieża Franciszka, że prefektem Kongregacji Nauki Wiary – na miejsce kard. Müllera – zostanie hiszpański jezuita, abp Luis Francisco Ladaria Ferrer (zob. „Dlaczego kard. Müller musiał odejść”). Nowe kierownictwo kongregacji przeprowadza przegląd spraw, które wciąż mają status niezakończonych. 30 października 2017 r. Kongregacja Nauki Wiary ponownie przypomina się metropolicie gdańskiemu, pytając o stan sprawy ks. Dymera (poprzedni monit wysłany był, wedle mojej wiedzy, aż 4 lata wcześniej). Niemal równocześnie 3 listopada 2017 r. – w poczuciu bezradności wobec braku wszelkich informacji o przebiegu procesu – o. Tarsycjusz Krasucki wysyła list do prowincjała swojego zakonu, prosząc go o wsparcie prawnokanoniczne. List ten trafia dalej do generała zakonu oraz do watykańskiej Kongregacji ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego, a ostatecznie do Kongregacji Nauki Wiary. 

Ktokolwiek w Watykanie przedłuża obecnie procedurę ogłoszenia wyroku w sprawie ks. Dymera, obciąża swoje sumienie dodatkową krzywdą osób już wielorako skrzywdzonych

Zbigniew Nosowski

Udostępnij cytat

Efekt tego splotu wydarzeń jest czytelny: 31 grudnia 2017 r. abp Sławoj Leszek Głódź wydaje nareszcie dekret nakazujący wszcząć proces sądowy ks. Dymera w drugiej instancji. Formalne rozpoczęcie procesu nastąpiło zatem ponad 9 lat po otrzymaniu przez metropolitę gdańskiego polecenia Kongregacji Nauki Wiary (15 lipca 2008 r.). Natomiast pokrzywdzony franciszkanin (formalnie: tylko świadek) zyskuje możliwość korzystania w procesie kanonicznym ze wsparcia adwokata. 

Ta kolejność wydarzeń rodzi następne pytania. Dlaczego wcześniej kongregacja tak rzadko sprawdzała stan sprawy po przekazaniu procesu w ręce archidiecezji gdańskiej (najpierw po pięciu latach, następnie po czterech)? Czy niezbędnym warunkiem skutecznego uruchomienia procesu drugiej instancji była zmiana na stanowisku prefekta Kongregacji Nauki Wiary? Czy pokrzywdzona osoba świecka znajdująca się na miejscu ojca Tarsycjusza również mogłaby, tak jak on, otrzymać w tego typu procesie kanonicznym wsparcie adwokata? Czy struktura procesów kanonicznych nie powinna być wreszcie głęboko zreformowana, tak aby zagwarantować osobom pokrzywdzonym ich podmiotowość, a zwłaszcza dostęp do akt sprawy i do informacji procesowej? 

Proces kanoniczny drugiej instancji przed Gdańskim Trybunałem Metropolitalnym de facto rozpoczął się w roku 2018, a nieco rozpędu nabrał w 2019 r. (ostatecznie postępowanie dowodowe zakończono dopiero 9 listopada 2020 r. – tak się składa, że zaledwie 5 dni po opublikowaniu pierwszego odcinka niniejszego cyklu). 

Oskarżony oskarża – a biskup?

Rozpoczęcie działań procesowych wiązało się z nowymi działaniami ze strony ks. Dymera i jego obrońców. Warto zresztą zwrócić uwagę również na niezwykle istotny fakt, że – wedle mojej wiedzy – przez długi okres po złożeniu apelacji ks. Andrzej Dymer i jego obrońcy nie wykazywali zainteresowania procesem. Sytuacja iście zdumiewająca! Który racjonalny oskarżony, składając apelację (z przekonaniem o własnej niewinności), nie przejawia zainteresowania szybkim przebiegiem procesu? Chyba tylko ten, który wie, że dla niego samego dużo korzystniejsza jest sytuacja, w której proces stoi w miejscu. 

Postawa obrońców ks. Dymera z lat 2018–2020, po realnym rozpoczęciu procesu, była ponowieniem, jedynie bardziej agresywnym, ich strategii znanej z poprzednich etapów procesu. Nawet w uzasadnieniu kościelnego wyroku z kwietnia 2008 r. szczecińscy sędziowie pisali m.in.: „Zdecydowanie trybunał odrzucił również próby obrony w kierunku przedłużania postępowania dowodowego przez zajmowanie się nieistotnymi dla sprawy incydentami”. Chodziło wówczas o działania obrony zmierzające do zdyskredytowania wiarygodności dwóch duchownych, których zeznania obciążały oskarżonego: Tarsycjusza Krasuckiego OFM i Marcina Mogielskiego OP. Ta sama historia zaczęła się powtarzać w drugiej instancji (jej echem są zaś obecnie artykuły Sebastiana Karczewskiego w „Naszym Dzienniku”, który powiela „argumenty” obrońców oskarżonego). 

W drugiej połowie 2019 r. doszło do podjęcia przez ks. Dymera – opisywanych już w drugim odcinku tego cyklu – działań blokujących. Złożył on dwa pozwy o zniesławienie – przeciwko dziennikarzowi szczecińskiej „Gazety Wyborczej” Adamowi Zadwornemu i przeciwko ojcu Tarsycjuszowi Krasuckiemu. W obu przypadkach czytelnie chodziło o próbę osiągnięcia „efektu mrożącego” – zniechęcenie „oskarżonych” do podejmowania dalszych działań niekorzystnych dla Dymera, ze względu na zagrożenie możliwymi konsekwencjami prawnymi.

A jak reagował abp Dzięga na fakt, że jego podwładny wytaczał procesy sądowe tym, których uznał za swoich najgroźniejszych przeciwników? Dawniej duchowny musiał mieć pozwolenie swojego biskupa na skierowanie sprawy do sądu państwowego – obecnie takiego formalnego obowiązku nie ma, choć zwyczajowo nadal działania sądowe księży powinny być uzgadniane z przełożonymi. 

W tym przypadku nie ulega jednak najmniejszej wątpliwości, że metropolita szczeciński o pozwach składanych przez ks. Dymera wiedział. Jak mówi ojciec Tarsycjusz, w tej sprawie kilkakrotnie dochodziło do kontaktów – i listownych, i telefonicznych – między arcybiskupem a prowincjałem franciszkanów, o. Bernardem Marciniakiem. Prowincjał wyrażał zdziwienie faktem, że szczeciński duchowny pozywa do sądu zakonnika – i to przez siebie skrzywdzonego. Pisał do biskupa, że oznacza to, iż sam arcybiskup będzie musiał stanąć przed sądem jako świadek. „Szczegółów rozmowy telefonicznej nie znam – mówi o. Krasucki. – Z tego, co mi zdradził prowincjał, wiem, że abp Dzięga mu powiedział, żeby się nie mieszał w te sprawy między mną a ks. Dymerem”. 

Znamienne, że w ocenie arcybiskupa chodziło tu po prostu o „sprawy między” dwiema osobami. Czyżby metropolita szczecińsko-kamieński uznał sytuację seksualnego molestowania 17-latka przez 30-letniego księdza dyrektora („poprzez nadużycie stosunku zależności”, jak to określiła prokuratura) za zwyczajny spór międzyludzki, w którym trudno rozsądzić, kto ma rację? A nawet gdyby tak uznał, to trzeba jasno stwierdzić, że w tym „sporze” abp Dzięga zdecydowanie stał po jednej stronie. Stale blisko współpracował z ks. Dymerem, natomiast przez całe 12 lat swojej pracy w Szczecinie ani razu nie wykonał żadnego gestu wobec ojca Tarsycjusza. Choć znał doskonale jego tożsamość, choć wiedział, że franciszkanin pochodzi ze Świnoujścia, a więc z terenu jego archidiecezji – nigdy jednak nie chciał choćby usłyszeć drugiej strony (nie mówiąc już o relacjach innych pokrzywdzonych). W percepcji metropolity szczecińskiego wersja ks. Dymera była wystarczająco wiarygodna i nie potrzebowała konkurencji.

Wydaje się więc, że Dymer musiał mieć przynajmniej milczącą aprobatę arcybiskupa na składanie pozwów, a może nawet jego zachętę. Podobnie jak w 2008 r. musiał mieć przynajmniej milczącą aprobatę abp. Kamińskiego, gdy składał apelację do Kongregacji Nauki Wiary od wyroku pierwszej instancji. Gdyby tej aprobaty nie było, ówczesny metropolita mówiłby o sprawie inaczej niż to cytowałem w czwartym odcinku tego cyklu. 

Trzeba tu zresztą pamiętać, że „zniesławienie” ks. Dymera przez o. Krasuckiego – według złożonego w sądzie aktu oskarżenia – miało polegać na tym, że list franciszkanina do prowincjała pozbawiał jakoby Dymera „zaufania potrzebnego do stanowiska dyrektora Instytutu Medycznego Jana Pawła II w Szczecinie”, czyli do piastowania funkcji powierzonej mu w 2010 r. właśnie przez abp. Dzięgę. 

Zespół do spraw

Rok 2019 przyniósł ze sobą także ożywienie po stronie metropolity szczecińsko-kamieńskiego – ale jedynie w liczbie złożonych deklaracji o konieczności walki z problemem wykorzystywania seksualnego osób małoletnich w Kościele. Być może kluczem do zrozumienia tej wzmożonej deklaratywnej determinacji jest fakt, że – jako prawnik kanonista – abp Dzięga szybko zorientował się w przełomowym znaczeniu papieskiego motu proprio „Vos estis lux mundi”, które pozwoliło każdemu (!) na złożenie skargi na działania lub bezczynność biskupa w sprawach dotyczących molestowania seksualnego. „Vos estis lux mundi” nosi datę 9 maja 2019 r., a dniem wejścia przepisów w życie był 1 czerwca 2019 r. 

Uprzedzająco zatem, bo 23 maja 2019 r., abp Dzięga ogłosił dekret powołujący „Zespół Prawny do przeprowadzenia przeglądu wszystkich spraw z zakresu szeroko rozumianych nadużyć seksualnych wobec niepełnoletnich w Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej”. Można w nim przeczytać: „Skład Zespołu Prawnego zostanie ustanowiony odrębnym Dekretem. Przewodniczenie Zespołowi powierzone będzie osobie świeckiej”. Sęk w tym, że do dziś – a minęły już prawie dwa lata – nie wiadomo, czy ten zespół w ogóle powstał, ani czy cokolwiek zrobił.  Archidiecezja szczecińsko-kamieńska nie ogłosiła nigdy składu zespołu, a tym bardziej – nie informowała o jego ewentualnych pracach. 

Krytycy postawy metropolity szczecińskiego uruchomili nawet internetowy „licznik Dzięgi”, zliczający dni, godziny, minuty i sekundy „od niepowołania zespołu ds. pedofilii w Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej” (aktualne wskazania licznika można zobaczyć tutaj). Przez cały ten czas konsekwentnie szczecińskie czynniki kościelne odmawiają odpowiedzi na wszelkie pytania dotyczące tego zespołu – niezależnie czy zadają je dziennikarze, wierni diecezjanie czy radni. Z taką odmową – a dokładnie: z milczeniem – spotkały się również moje pytania. 

Jest jednak człowiek, któremu udało się spytać abp. Dzięgę o prace tego zespołu prawnego. To Bożydar (mężczyzna wykorzystany seksualnie przez ks. Dymera, imię zmienione), z którym metropolita spotkał się 10 lutego 2021 r. i któremu przyrzekł, że nazajutrz odwoła Dymera z funkcji dyrektora Instytutu Medycznego im. Jana Pawła II (danego słowa arcybiskup dotrzymał). Bożydar na koniec rozmowy z arcybiskupem spytał o owoce prac zespołu prawnego, powołanego już ponad 20 miesięcy temu. Jak relacjonuje, usłyszał odpowiedź: „Nie wiem, dlaczego zespół się tym nie zajął”.

Wydaje się więc, że powołanie tego pompatycznie nazwanego zespołu to działanie czysto wizerunkowe. Wcale nie chodziło o realne dokonanie „przeglądu wszystkich spraw z zakresu szeroko rozumianych nadużyć seksualnych wobec niepełnoletnich w Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej”, lecz o stworzenie wrażenia, iż takie działania są/będą prowadzone. W tym właśnie duchu o decyzji metropolity szczecińskiego informowała Katolicka Agencja Informacyjna, nadając jej tytuł „Arcybiskup Andrzej Dzięga reaguje na list papieża”. Kanclerz kurii szczecińskiej zapowiadał nawet w wypowiedzi dla KAI, że „członkowie zespołu będą mieli wgląd do wszystkich wewnętrznych akt spraw”. Papier jest cierpliwy, wszystko przyjmie…

Efekt Maltańczyka

Wiosna roku 2019 przyniosła jeszcze jedno ważne wydarzenie przyspieszające działania w archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej. To wizyta w Polsce, na czerwcowych obradach Konferencji Episkopatu Polski, arcybiskupa Malty Charlesa Scicluny, który jest równocześnie sekretarzem pomocniczym Kongregacji Nauki Wiary. 

Co prawda, wbrew twierdzeniom mediów, Scicluna przyjechał wtedy z misją formacyjno-informacyjną dla polskich biskupów, a nie w celu prowadzenia rozliczeń – napięcie jednak wisiało w powietrzu. Wszyscy zainteresowani wiedzieli bowiem doskonale, że to właśnie abp Scicluna pełnił najtrudniejsze śledcze misje w imieniu kolejnych papieży – dotyczące m.in. Marciala Maciela Degollado czy biskupów chilijskich. I polscy hierarchowie nie byli zainteresowani tym, aby Maltańczyk otrzymał podobne zadania w naszym kraju. 

Nie jest więc dziełem przypadku – wyjaśniają mi ludzie znający sytuację od wewnątrz – że w Szczecinie wystąpił „efekt Maltańczyka”. Pojawiła się zbieżność czasowa między wizytą abp. Scicluny w Polsce a wprowadzeniem pierwszych tak elementarnych działań, jak zamieszczenie na stronie www archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej podstawowych informacji na temat ochrony dzieci i młodzieży. Pojawiły się one właśnie w czerwcu 2019 r., pod silną presją ze strony niektórych duchownych i świeckich katolików. 

Również w czerwcu ogłoszono Katalog dobrych praktyk w relacjach duszpasterskich z dziećmi i młodzieżą. „Wcześniej takie tematy w naszej diecezji nie istniały, ale wtedy akurat pojawiła się odpowiednia atmosfera, żeby zrobić coś pozytywnego” – wyjaśnia mi duchowny, który prosi o zachowanie anonimowości. 

Dodać trzeba, że w archidiecezji szczecińskiej model ochrony dzieci i młodzieży jest dość specyficzny. W przeciwieństwie do standardów obowiązujących w innych diecezjach nie ma tu ustanowionego stałego duszpasterza osób pokrzywdzonych. Formalnie obowiązuje zasada, że duszpasterz wskazywany jest indywidualnie. W praktyce – pokrzywdzeni nie proszą o oficjalnego duszpasterza, bo nie mają do kurii zaufania. A dlaczego nie mają? To akurat bardzo proste: w Szczecinie delegatem ds. ochrony dzieci i młodzieży został mianowany – wielokrotnie już cytowany w tym tekście – ks. Sławomir Zyga, będący równocześnie kanclerzem kurii i jej (do niedawna) rzecznikiem. Krótko mówiąc, trudno o czytelniejszy komunikat, że delegat reprezentuje interes instytucji, a nie pokrzywdzonych.  

Kościół musi być radykalny 

„Nie było nigdy pytania, czy napiętnujemy, czy jesteśmy przeciw, czy chcemy zwalczać. Absolutnie jesteśmy przeciw, absolutnie smucimy się z tego, bo to jest poważny grzech, przepraszamy Pana Boga, przykro nam wobec ludzi, stajemy przy tych ofiarach” – zapewniał abp Andrzej Dzięga w wywiadzie dla Radia Szczecin w październiku 2013 r. Podkreślał, że pedofilia pozostawia w dziecku rany na całe życie, że w odniesieniu do zgorszenia dziecka Ewangelia jest radykalna i taki sam musi być Kościół.

Arcybiskup składał w tym wywiadzie buńczuczne deklaracje. Zapewniał, że „w porozumieniu z nuncjuszem apostolskim Kościół w Polsce dokona raz jeszcze dodatkowego przeglądu wszystkich dawnych spraw związanych z księżmi podejrzanymi o pedofilię”. Podkreślał: „Wszędzie, gdzie jest nawet cisza od lat, spróbujemy poddać ich badaniom psychologicznym, bowiem absolutnie nie może być niepokoju duszpasterskiego”. 

Zarazem jednak w tym samym miesiącu mówił w Szczecinie na konferencji prasowej poświęconej przeciwdziałaniu pedofilii: „Nie znam przypadków w Polsce, w których diecezja czy struktury kościelne w czymkolwiek utrudniałyby czy blokowały postępowanie”. Czyżby metropolita szczecińsko-kamieński nie znał sytuacji we własnej diecezji? Przypomnijmy: w 2013 r. proces ks. Dymera w drugiej instancji tkwił w stagnacji już od 5 lat, arcybiskup nic nie robił, żeby proces ruszył, a za to pełną garścią korzystał z domniemania niewinności wobec oskarżonego duchownego.

W wywiadzie dla Radia Szczecin znaleźć można też furtkę pozwalającą wyjaśnić takie podejście arcybiskupa Dzięgi do ks. Dymera. Metropolita szczeciński mówił, że każdy duchowny, który „aktualnie nie popełnia żadnych czynów niewłaściwych, grzesznych czy tym bardziej przestępczych” ma miejsce w Kościele – ale „nie każdy musi pracować z dziećmi i młodzieżą”. Kłopot w tym, że w kościelnych przepisach nie sposób znaleźć zachęty do pobłażliwości wobec przestępstw z przeszłości, nawet gdyby osiągnęło się przekonanie, że sprawca ich „aktualnie nie popełnia”… Takie rozróżnienie jest prywatnym pomysłem arcybiskupa, a nie stanowiskiem Kościoła. 

Skoro ktoś składa publicznie deklaracje, że Kościół musi być w tej dziedzinie radykalny, to niech się teraz nie dziwi, że sam jest rozliczany ze swojej bierności. Radykalizm u abp. Dzięgi widać było wyłącznie w słownych deklaracjach i w tekstach uchwalanych dekretów, ale nie w działaniach i konkretnych decyzjach. 

Niewątpliwie kierował się on logiką ochrony interesów instytucji Kościoła. Jako przewodniczący Rady Prawnej KEP abp Dzięga poszukiwał prawników, którzy byliby skłonni sporządzić opinię o tym, że kościelne osoby prawne nie ponoszą odpowiedzialności za szkody wyrządzone przez duchownych pedofili. Kto wie, czy – w konsekwencji sprawy ks. Dymera, ze względu na sytuację polityczną raczej później niż prędzej, ale jednak – sam abp Dzięga i abp Głódź nie będą musieli bronić się przed prokuratorskimi zarzutami popełnienia przestępstw pomocnictwa lub poplecznictwa. 

Wystarczy poważny brak sumienności 

Z pewnością powinni się oni z podobnych zarzutów – tylko nazwanych innymi słowami – tłumaczyć przed kościelnymi komisjami dochodzeniowymi. Przypomnę tu na koniec kilka fragmentów kościelnych dokumentów, które powinny mieć w tej sprawie zastosowanie. 

W motu proprio „Come una madre amorevole”, ogłoszonym 4 czerwca 2016 r., papież Franciszek wprowadził zasadę surowej rozliczalności kościelnych przełożonych za niepodejmowanie działań w razie stwierdzenia jakichkolwiek sytuacji molestowania seksualnego wobec osób małoletnich i niepełnosprawnych. Mowa tam wręcz o usuwaniu biskupów z urzędu. Papież stwierdza, że wśród „poważnych przyczyn”, jakie mogą być podstawą do usunięcia kogoś z urzędu kościelnego, „znajduje się niedbałość biskupów w sprawowaniu ich urzędu, zwłaszcza w odniesieniu do przypadków nadużyć seksualnych, dokonywanych na narażonych na to osobach małoletnich i dorastających”. 

W myśl „Come una madre amorevole” biskup diecezjalny może zostać usunięty, „gdy obiektywnie okaże się, że w bardzo poważnym stopniu nie wykazał się sumiennością, wymaganą od jego urzędu duszpasterskiego, nawet jeśli nie było w tym jego poważnej winy moralnej”. Następny punkt doprecyzowuje jednak: „W przypadku nadużyć wobec małoletnich lub dorastających wystarczy, jeśli był to poważny brak sumienności”. Co jak co, ale „poważny brak sumienności” w sprawie, o której tu piszę od 5 miesięcy, to określenie najłagodniejsze z możliwych. 

Może się też przydać kilka punktów z Katechizmu Kościoła katolickiego o zgorszeniu: „Zgorszenie nabiera szczególnego ciężaru ze względu na autorytet tych, którzy je powodują (…) Zgorszenie jest szczególnie ciężkie, gdy szerzą je ci, którzy, z natury bądź z racji pełnionych funkcji, obowiązani są uczyć i wychowywać innych. (…) Ten, kto używa władzy, którą rozporządza, w sposób prowadzący do czynienia zła, jest winny zgorszenia i odpowiedzialny za zło, któremu bezpośrednio lub pośrednio sprzyjał”.

W świetle tego, co wiadomo, domaganie się odwołania i ukarania abp. Andrzeja Dzięgi oraz ukarania abp. Sławoja Leszka Głódzia to nie są oczekiwania wygórowane. Bo Kościół musi być radykalny. Inaczej do niczego nie służy. 

PS 1. Obiecany przypis „dla wytrwałych” 

W roku 2011 przygotowywaliśmy raport Laboratorium „Więzi” na temat „Kościół wobec pedofilii” („Więź” nr 8-9/2011). Było to pierwsze w mediach katolickich tak obszerne ujęcie problemu, a nie tylko reagowanie na pojawiające się skandale. Uznaliśmy w redakcji, że oprócz kilku własnych tekstów autorskich powinniśmy zamieścić także oficjalny punkt widzenia episkopatu, a przynajmniej głos jakiegoś polskiego biskupa. 

Z tym było jednak trudno. Trzeba pamiętać, że – choć minęło od tego okresu zaledwie 10 lat – sytuacja społeczno-kościelna była diametralnie inna. Pierwsze wytyczne episkopatu dotyczące postępowania w przypadku molestowania seksualnego osób małoletnich przez duchownych już istniały (zostały przyjęte przez KEP w 2009 r.), lecz pozostawały poufne. Zawierały one stanowczą zasadę, że wszelka dokumentacja „musi być przeznaczona jedynie do wewnętrznego użytku przełożonych kościelnych”. Dopiero w listopadzie 2011 r. sekretarzem generalnym KEP został bp Wojciech Polak, który autentycznie przejął się tą tematyką. Dopiero w 2013 r. powołano ojca Adama Żaka na stanowisko koordynatora KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży. Kilka miesięcy później to on, wraz z Ewą Kusz, doprowadził do utworzenia Centrum Ochrony Dziecka przy Akademii Ignatianum, które rozpoczęło pionierską działalność naukową i szkoleniową. 

Szukając głosu hierarchy do publikacji w „Więzi”, zwróciliśmy się w 2011 r. najpierw z prośbą o wywiad do kilku biskupów, z którymi mieliśmy bezpośrednie relacje. Bezskutecznie. Nie znali tematu, nie mieli czasu. W końcu poszliśmy drogą urzędową. Ówczesny sekretarz generalny KEP bp Stanisław Budzik też sam nie chciał udzielić wywiadu, ale przynajmniej skutecznie skierował nas do abp. Andrzeja Dzięgi jako przewodniczącego Rady Prawnej KEP, czyli organu odpowiedzialnego za przygotowanie nowych wytycznych w tej sprawie, o co apelowała wtedy Stolica Apostolska. 

Metropolita szczecińsko-kamieński zgodził się na publikację wywiadu, ale stanowczo zaproponował udzielenie odpowiedzi na piśmie. Zgodziliśmy się na taką formułę, ze świadomością, że jakość tego materiału będzie zdecydowanie niższa niż w przypadku wywiadu przeprowadzonego na żywo. W zamian jednak uzyskiwaliśmy do ręki argument, że nie odrzucamy z góry polskiego episkopatu – dzięki czemu „spokojniej” mogliśmy zamieścić dużo bardziej stanowcze (i aktualne niestety do dziś) materiały, takie jak rozmowa z Ewą Orłowską, skrzywdzoną przez księdza w Tylawie; poruszająca osobista opowieść abp. Diarmuida Martina o drodze irlandzkiego biskupa przez skandale seksualne; opis doświadczeń Kościoła w Niemczech pióra Tomasza Kyci; rozmowa z wybitnym niemieckim ekspertem Hansem Zollnerem SJ; całościowa diagnoza sytuacji w Polsce pióra Ewy Kusz

W zamieszczonej obok tych tekstów „rozmowie” abp Andrzej Dzięga bronił zasady poufności kościelnych wytycznych: „przyjęta wewnętrzność tego dokumentu nie narusza jego skuteczności. Normy kanoniczne są bowiem powszechnie znane i dostępne, i one się nie zmieniają”. Zapewniał, że celem kościelnych działań jest „duszpasterskie, a w rzeczywistości po prostu zwyczajnie ludzkie potraktowanie ofiary przestępstwa, obecnie często już dorosłej osoby, by nie czuła się «intruzem» ani jakimś «wrogiem Kościoła»”. Przekonywał, że „każda sprawa ma nieco inny przebieg i nieco inny kontekst psychologiczny. (…) nie da się wszystkiego wystandaryzować.  (…) Należy pamiętać, że w tych sytuacjach mamy z reguły słowo przeciwko słowu”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Postawiłem wówczas także pytanie o sprawę ks. Dymera, a zwłaszcza o postawę poprzednich metropolitów szczecińskich: „czy, zdaniem Księdza Arcybiskupa, w tej sprawie kościelni przełożeni, którzy podejmowali decyzje po pojawianiu się kolejnych zarzutów, postępowali zgodnie z zasadami, o których wcześniej rozmawialiśmy?”. Abp Dzięga odpisał: „Początki tej sprawy sięgają czasu trwających jeszcze dyskusji nad dokumentem. Moja ocena tamtej metody działania w tamtym czasie jest zdecydowanie pozytywna. Przypominam także tu zasadę, o której mówiłem wcześniej: zgodnego poszukiwania prawdy obiektywnej, w zestawieniu z potrzebą pokory, cierpliwości i otwartości. Proszę też pozwolić, że na tym komentarz do tej sprawy zakończę”. Pełny tekst tamtej publikacji znaleźć można tutaj

PS 2. Dziękuję raz jeszcze Wojciechowi Bonowiczowi za podpowiedzenie tytułu tego cyklu. Niestety, bardzo precyzyjnie trafiłeś w sedno!

Ciąg dalszy nastąpi 

Podziel się

28
13
Wiadomość

Komentarze (78)

Właśnie skończyłem czytać.
Tekst bardzo rzetelny i widać ogrom włożonej pracy.

Serdecznie dziękuję panie Zbigniewie że jesteście. Dzięki Wam jest jeszcze jakaś iskierka nadziei.

Trzymam kciuki za całą Redakcję !

Nie wiem co jeszcze musi wydarzyć się w polskim Kościele żeby papież Franciszek wreszcie zareagował na tą patologię trwającą od wielu lat.

Za polski Kosciol odpowiadają polscy biskupi. Franciszek nic nie robi i nic nie zrobi by nie naśladować obyczajów z czasów JPII – przyjedzie walec i wyrowna. Będzie biernie czekal aż Kosciol w Polsce wpadnie w taki kryzys że wreszcie nowe pokolenia biskupów i ksiezy wytrącą się z letargu. Nawet na poziomie 20%. By zacząć naprawę trzeba najpierw dotknąć dna.

Panie Redaktorze serdecznie dziękuję za pracę, którą Pan wykonał. Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Mam pytanie: na jakiej podstawie podaje Pan informację, że tak szeroka obrona księdza (?) Dymera związana jest z jego obrotnością biznesową?

Trudno napisać komentarz do artykułu, który sam siebie komentuje. Wspieram strukturę zła, od tego muszę zacząć. Przychodzi mi na myśl kapłan wielkiego serca, któremu dużo zawdzięczam i na ile go znam, jest poza jakimkolwiek podejrzeniem, który wcześniej bardzo „tak/tak, nie/nie” i wymagający wobec siebie, dziś zaczął dostrzegać tylko kolor szary i w ten sposób broni struktury zła. Jak do tego doszliśmy? Po przeczytaniu cyklu artykułów i obejrzeniu filmów Sekielskich nie mogę nie zastanowić się nad przewartościowaniem poglądów które kształtowały niektóre moje życiowe wybory. Kilka dni temu zobaczyłem jednak nadzieję – ks.Andrzej Hajdasz, bohater drugiego filmu Sekielskich na pierwszej rozprawie sądowej od razu przyznał się do winy. To niezwykłe i niepodobne do zachowań innych oskarżonych o nadużycia seksualne wobec osób nieletnich tych księży, wobec których zarzuty są częste i bardzo uprawdopodobnione. Może jednak …

W jednej sprawie wydaje mi się Autor nie postawił kropki nad „i”. Abp Dzięga w swoim przekonaniu bronił interesu Kościoła. Otóż nieprawda, arcybiskupie, szkodziłeś „interesowi” swojej instytucji nawet definiowanemu wg. Twoich standardów, gdy zapraszałeś kardynała Müllera do uwiarygodnienia „dzieła” ks.Dymera. Ryzykowałeś wciągnięciem w bagno, w którym sam tkwiłeś i nas wciągasz kardynała, co byłoby wizerunkowo dla instytucji szkodliwsze, o ile taki argument powinien mieć jakiekolwiek „prawa obywatelskie” w debacie o wydarzeniach, które zostawiły za sobą tyle ofiar. No, ale może obciążenie kardynała wcale nie byłoby niezasłużone. Jego Kongregacja 9 lat tolerowała bierność abp Głodzia. Niedawno kardynał negatywnie komentował szczyt w Davos jako rozsadnik zła. Nie chcę takich przywódców Kościoła. Jeśli są jakieś okoliczności łagodzące, niech purpuraci bronią jeśli nie siebie, to Kościół. Ale jak czytamy, nie chcą.

„Kto wie, czy – w konsekwencji sprawy ks. Dymera, ze względu na sytuację polityczną raczej później niż prędzej, ale jednak – sam abp Dzięga i abp Głódź nie będą musieli bronić się przed prokuratorskimi zarzutami popełnienia przestępstw pomocnictwa lub poplecznictwa”. Proszę mi wytłumaczyć na podstawie którego przepisu abp Dzięga miałby być pociągnięty do odpowiedzialności karnej? Przypominam, że śp. ks. Andrzej Dymer umarł jako osoba nie skazana i przeciw której nie prowadzono żadnego dochodzenia w prokuraturze. Nic mi nie wiadomo, aby ktokolwiek ze strony kościelnej mataczył w śledztwie prowadzonym przez organy sprawiedliwości. Proces kanoniczny jest zupełnie odrębną sprawą, nie mającą wpływu na status cywilny. Andrzej Dymer umarł jako osoba niewinna, nie skazana przez sąd powszechny.
Takie stwierdzenie zmniejszają wiarygodność materiału. Pisze Pan o procesie kanonicznym, a nagle sugeruje Pan zarzuty prokuratorskie… Jeśli się mylę, to proszę mnie poprawić.

Dziękuję za komentarz. Cytowane zdanie nie jest oceną, że ci dwaj hierarchowie mają na sumieniu przestępstwo pomocnictwa lub poplecznictwa (są to specjalne paragrafy kodeksu karnego). To zdanie jest prognozą, że za jakiś czas w zmienionym klimacie politycznym prokuratorzy mogą chcieć im takie zarzuty postawić.

Dziękuję za odpowiedź, ponawiam jednak pytanie: skąd poplecznictwo lub pomocnictwo jeśli nie było przestępstwa? Rozumiem, że mam nadzieję na zmianę władzy, ale w tej sprawie przedawnienia nie da się cofnąć. Ks. Dymer umarł jako niewinny obywatel, więc abp Dzięga nie może odpowiadać za tuszowanie przestępstwa, które nie zostało orzeczone prawomocnym wyrokiem sądu powszechnego.

Orzeka się o winie, nie o przestępstwie. Skoro śledztwo w sprawie molestowania zostało wszczęte i skończyło się aktem oskarżenia to są poważne przesłanki, że przestępstwo zaistniało i otwiera do badania, czy miały miejsce działania utrudniające pociągnięcie winnego do odpowiedzialności. Posłużę się przykładem: zgłoszono kradzież, złodzieja nie wykryto, ale przedmiot znaleziono u pana X, który poniósł konsekwencje za świadome przechowywanie przedmiotów pochodzących z przestępstwa i zacieranie śladów.

Ale – powtarzam – ja napisałem o stawianiu zarzutów, a nie skazaniu.
Skądinąd (co nie jest moim tematem, lecz jasno to widzę) w świetle zgromadzonego materiału dowodowego umarzanie postępowań prokuratorskich w tej sprawie było skandalem. Podobnie jak przynajmniej dwa z uniewinnień w sądach.

Ja się dziwię ks. biskupowi Dziędze, że on nie ma za grosz wstydu. Przecież na dowolnej wizytacji czy innej kościelnej uroczystości ludzie mogą mu wyjechać z hasłami typu „OBROŃCA PEDOFILÓW”. Każdy uczciwy człowiek ze spokojnym sumieniem może mu uczynić na tym tle afront typu „nie podam mu ręki”, „nie usiądę z nim przy stole”. Jak on nie wyjaśni publicznie swojej roli, to takie coś będzie nad nim wisiało do końca posługi.

Moja żona jest tu jeszcze bardziej radykalna: pyta jak uczciwi biskupi i księża mogą z nim rozmawiać, siedzieć przy stole, sprawować wspólnie eucharystię? Gdzie ich odwaga cywilna? Zarzuty są publiczne, zasługują na publiczną odpowiedź.

W tym problem , że mogą i robią to. Nawet ci najlepsi. „To jest mój brat i ja nie będę go krytykował” -powiedział jeden z tych nielicznych i szanowanych o Arcybiskupie Jędraszewskim. I cóż ja mam na to powiedzieć ? Chyba tylko „żegnam obu panów”… A lud.. ba, gdyby stanął z takim banerem. Ale nie stanął.

~ garcio: Tez mnie trapia Panskie pytania. Jak mozna wogole zniesc obecnosc bpa Dziegi przy oltarzu? Przypuszczam, ze odpowiedz lezy w naszym zwyczajnym, oddolnym klerykalizmie. To juz klasyk kiedys powiedzial, ze „ciemny lud to kupi”. No i niestety taka jest prawda, ze klerykalizm mamy w naszym narodowym DNA i wiekszosc katolikow kupi wszystko, co powiedza ci na gorze… Gorzkie jest to takze dla mnie samego…

Niestety, ale pana wypociny w tym artykule pokazują brak jakiegokolwiek rozeznania w tej sprawie. Strasznie się czyta oskarżenia na Księdza Arcybiskupa, które pan kieruje. A domaganie się zrzeczenia urzędu świadczy tylko o tym, że komuś Abp przeszkadza. Niestety redakcja więzi przybrała bardzo lewicowe prądy… Szkoda… pan Nosowski powinien uderzyć się w pierś jako pierwszy za te ataki. Sprowadził pan swoją pracę dziennikarską do poziomu wiadomej telewizji, której nigdy nie było po drodze z Kościołem, a z którą jak widać chyba panu bardzo po drodze. Wstyd…

Bardzo chętnie bym podyskutował na ten temat w TVP, jeśli już o telewizjach mowa.
– autor powyższych wypocin

Autor tego wpisu występował w tym miejscu – wyłącznie w sprawie abp. Dzięgi – już pod czterema tożsamościami: jako Piotr, Adam, Daniel i Bartosz. Takie postępowanie jest niedopuszczalne, gdyż wprowadza w błąd innych użytkowników. Proszę się zdecydować na jeden nick – albo Pańskie wpisy będą kasowane.

Dziękuję!
Jak czytam komentarz jednak pan Piotra to wyświetla mi się jednak Norwid :
Czy śpiącego można przebudzić grzecznie?

Napiszę tak – gdyby nie Więź, i nie lajwy 🙂 laify Moniki Białkowskiej to już bym trzasnęła drzwiami i wyszła. By nie być hipokrytką. Ale jak już pisałam nie raz widzę szczerość w Państwa działaniach.
Widzę gniew i frustrację a ja nawet nie mam takich narzędzi. Bo sobie mogę wyjść tylko na ulicę z jakimś transparentem i co z tego bez „pozycji” to będę tylko „wariatką”. Piszę sobie czasem komentarze.
A świadomość sytuacji i zła też Państwu zawdzięczam. Bo to artykuły odkrywają Prawdę.
Ja się jej nie boję.
Chciałabym przeczytać szóstą część – abp Dzięga i Głódź przyznali się i proszą o wybaczenie za lata ukrywania i zaniedbań. Ewangelia.
Marzenie.

Chciałabym przeczytać szóstą część – abp Dzięga i Głódź trafiają do więzienia za lata ukrywania i zaniedbań.

W normalnym państwie tak powinno być. Problem w tym, że nie żyjemy w normalnym państwie. Biskupi doskonale o tym wiedzą i dlatego nie przejmują się kolejnymi ujawnianym aferami, bo wiedzą, że włos im z głowy nie spadnie, a Franciszka niezbyt interesuje sytuacja w polskim Kościele.

Bardzo dziękuję za cały cykl artykułów. Mieszkam na terenie archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej, i od publikacji pierwszego artykułu czekam na jakąkolwiek reakcję Kurii. List biskupa, Słowo Pasterskie, komunikat, cokolwiek, co pozwoli wiernym poznać stanowisko Arcybiskupa. Czujemy się jak owce bez Pasterza, bo Pasterz schował się w Kurii i milczy…

A Pani zdaniem, co powinien powiedzieć? Potwierdzić- to oznacza odejść i jeszcze przeprosić by trzeba było, zaprzeczyć- to trzeba przedstawić dowody podważające tezy, bo to za grube numery, żeby publika uwierzyła na piękne oczy. No, jeszcze można powiedzieć, że to spisek lewackich i genderowych wrogów Kościoła, którzy pod pozorem fałszywej troski o pokrzywdzonych i Kościół pragną ten Kościół zniszczyć i dlatego uderzają w biskupa będącego wzorem cnót wszelakich, który staje się kolejnym męczennikiem mediów, ale to znaczyłoby się ośmieszyć.

Hasłem abp Dzięgi jest „Dominus Jezus”. Jezus sam mówił o sobie, że jest Prawdą, Drogą i Życiem. Od swojego Arcypasterza mam prawo oczekiwać odwagi moralnej i stanięcia w prawdzie. Kuria zna wyrok sądu metropolitalnego z Gdańska, może powinna go ujawnić? Chociaż, gdyby był uniewinniający, to pewnie już byśmy go znali… Do tej pory abp Dzięga lubił pisać: o wirusie w koronie, o niepromowaniu Komunii na rękę, o egzorcyzmowaniu protestujących kobiet. Tylko o ks. Dymerze jakoś milczy… A tym milczeniem ośmiesza się bardziej, niż absurdalną obroną o „medialnym spisku”. Niestety, ale do narracji o wrogach Kościoła w jego wykonaniu już się przyzwyczailiśmy… A dzisiaj kościół szczecińsko-kamieński bardzo się dzieli: jest grupa, która najchętniej kanonizowałaby abp Dzięgę i ks. Dymerze jako męczenników, jest coraz więcej apostatów, bo przestali tu dostrzegać Boga, i są ludzie, którzy mimo wszystko chcą trwać w Kościele. Ale zgrzyta im, gdy mają uczestniczyć w liturgii, sprawowanej przez swojego ordynariusza… Skoro grzech i zgorszenie jest publiczne, to i przyznanie się do winy powinno takie być.

@Piotr.
Pański komentarz do artykułu/łów pana Nosowskiego świadczy dobitnie że to pan nie ma jakiegokolwiek rozeznania w tej sprawie.

„(…)świadczy tylko o tym, że komuś Abp przeszkadza”

Tak, szanowny panie, przeszkadza. Przeszkadza katolikom którzy mają jeszcze sumienie (!) i wiedzą że Jezus stanąłby po stronie zgwałconych dzieci !
Ten biskup jako rzekomo „alter Christi” też tam powinien stanąć i to 13 lat temu (!), skoro tego nie zrobił to mu widać pedofilia tego pana (i innych) nie przeszkadzała…
Ja oraz pełno mi znanych osób już tego nie będziemy tolerować. Dość !

„redakcja więzi przybrała bardzo lewicowe prądy”

Całe życie sądziłem, że jestem prawicowy w swoich poglądach ale jeśli, jak pan pisze, stanięcie po stronie zgwałconych dzieci a nie ich gwałcicieli i i protektorów jest lewicowe to jednak jestem lewicowy.
Godzę się z tym. Trudno

Warto odstawić media pana R. ! Szkodzą (!) na… sumienie !

Niestety, ale przyjmujecie bezkrytycznie to co wam podadzą media.
Panie Jurku, że tak powiem, którym katolikom? Jak Abp miał stanąć 13 lat temu w obronie domniemanych ofiar ks. Dymera jak dopiero od 2009 roku jest w Szczecinie? Niestety czytając te pseudo artykuły zdaje się jakby to pan Nosowski wykorzystywał historię dajmy na to o. Tarsycjusza, by uderzyć w abp. A komentarze przyklaskujące autorowi świadczą o niestety przykrej rzeczywistości… Nie staje w obronie pedofila, tylko w obronie człowieka, który jest niesłusznie oskarżany. Skoro sami nie wiecie od kiedy abp jest w diecezji szczecińsko-kamieńskiej… Niestety chyba to świadczy o jakiejś ignorancji ze strony komentujących albo zaślepienie tym co podają media… Przykro się na to patrzy i życzę panu Jurkowi wyłączenia mediów i włączenia myślenia albo przynajmniej chęć dostrzeżenia drugiej strony medalu. Pozostaje mi tylko ufać w sprawiedliwość Bożą. Mam nadzieje, że gdy sprawa się wyjaśni to pan Nosowski sporządzi równie długi artykuł wyjaśniając swój błąd…

Panie Piotrze, w jednym się zgadzamy: pozostaje nam tylko ufać w sprawiedliwość Bożą. Mam nadzieję, że gdy sprawa się wyjaśni to uzna Pan swoją pomyłkę i przeprosi redaktora Nosowskiego i wszystkich innych, którym Pan zarzuca ignorancję. Liczę na Pana!

Proszę spojrzeć trochę szerzej, a nie oceniać ludzi ze względu na to co o nich piszą w mediach…

Gdyby nie wolne media to do dzisiaj wszystkie przestępstwa seksualne, popełnione przez ludzi Kościoła, pozostałyby w ukryciu.

Autor tego wpisu występował w tym miejscu – wyłącznie w sprawie abp. Dzięgi – już pod czterema tożsamościami: jako Piotr, Adam, Daniel i Bartosz. Takie postępowanie jest niedopuszczalne, gdyż wprowadza w błąd innych użytkowników. Proszę się zdecydować na jeden nick – albo Pańskie wpisy będą kasowane.

Autor tego wpisu występował w tym miejscu – wyłącznie w sprawie abp. Dzięgi – już pod czterema tożsamościami: jako Piotr, Adam, Daniel i Bartosz. Takie postępowanie jest niedopuszczalne, gdyż wprowadza w błąd innych użytkowników. Proszę się zdecydować na jeden nick – albo Pańskie wpisy będą kasowane.

Skoro ma Pan tak mocne przekonanie, że staje Pan „w obronie człowieka, który jest niesłusznie oskarżany”, poproszę o przekazanie argumentów świadczących o niewinności ks. Dymera. Może Pan to zrobić tutaj albo przesłać do mnie.
Jak Pan zapewne wie (bo o tym pisałem), usiłowałem się na różne sposoby skontaktować z ks. Dymerem i jego obrońcami – podobnie jak z abp. Dzięgą. Chętnie poznam poważne argumenty.

A pan ma na tyle mocne dowody (nie argumenty), które pozwalają wysuwać tak dalece wnioski? Akurat to, że ktoś nie chce się z panem spotkać wcale nie sugeruje, że jest winny. I właśnie dopóki nie wysłucha pan drugiej strony (chodzi o abp) powinien zachować obiektywizm, którego tutaj zabrakło. I dlaczego tak bardzo zależy panu na tym by ksiądz Arcybiskup zrzekł się urzędu? Czemu takie apele nie są wystosowane do prokuratorów i sędziów, którzy brali udział w sprawie, a którzy według pana mniemania zawinili?

1. „A pan ma na tyle mocne dowody (nie argumenty), które pozwalają wysuwać tak dalece wnioski?”
ODP: Tak. Piszę o tym od paru miesięcy. To przede wszystkim – acz nie tylko – skrzywdzeni ludzie, dodatkowo krzywdzeni przez konkretne struktury kościelne. Jeśli Pan czytał, to Pan to zna.
2. „Akurat to, że ktoś nie chce się z panem spotkać wcale nie sugeruje, że jest winny”.
ODP: Tego nie twierdzę. Szukam argumentów przeciwnych. Bezskutecznie na razie. Pan też mi ich nie chce podać na razie. Proszę o ich podanie.
3. „I właśnie dopóki nie wysłucha pan drugiej strony (chodzi o abp) powinien zachować obiektywizm, którego tutaj zabrakło”.
ODP: Arcybiskup, jak Pan czytał, obiecał mi rozmowę, po czym się wycofał. Wyobraziłem sobie jego argumenty i je przedstawiłem. Poprosiłem o reakcję po publikacji. Miałem, Pańskim zdaniem, w ogóle nic nie pisać?
4. „I dlaczego tak bardzo zależy panu na tym by ksiądz Arcybiskup zrzekł się urzędu?”
ODP: Nie piszę o zrzeczeniu się urzędu (w to nie wierzę), lecz o usunięciu z urzędu. Zgodnie z kościelnymi przepisami, które przywołuję.
5. „Czemu takie apele nie są wystosowane do prokuratorów i sędziów, którzy brali udział w sprawie, a którzy według pana mniemania zawinili?”
ODP: Dlatego, że:
a) na razie zdążyłem opisać sprawę przede wszystkim od strony kanonicznej
b) od ludzi Kościoła – jako świadomy członek tego Kościoła – oczekuję więcej niż od wszystkich innych. Zwłaszcza od tych ludzi Kościoła, którzy tak wiele oczekują od innych.

1. Pisanie o dowodach, a przedstawienie ich to zupełnie dwie różne rzeczy.
2. Szuka pan argumentów, a pomimo ich nie znalezienia jest pan w stanie oskarżać…
3. Tak, mógł pan nic nie pisać ze względu na to, że uderza pan swoim pisaniem w inne osoby. No właśnie, WYOBRAZIŁ pan sobie argumenty… – komentować chyba nie trzeba
4. Jeśli dobrze pamiętam, to w którymś z artkułów pisał pan o tym, że jedyna możliwość to zrzeczenie się urzędu przez abp (parafrazuje). Postaram się tego poszukać, jeśli tak nie było (w co wątpię) Przeprasza, mój błąd.
5. W związku z tym, że pan jako obywatel Rzeczpospolitej poczuwa się również do obowiązku i opiszę tę sprawę właśnie od strony wspomnianej i równie zwięźle będzie pan wypowiadał się na temat urzędników państwowych, którzy (według pana) zawinili

Pozostajemy zatem przy tym, że Pan twierdzi, iż zna Pan argumenty, którzy szukam, ale mi ich Pan nie przekaże; i w związku z tym nadal będzie Pan miał do mnie pretensje, że ich nie podaję.
Życzę miłego dnia i kończę wątek!

Autor tego wpisu występował w tym miejscu – wyłącznie w sprawie abp. Dzięgi – już pod czterema tożsamościami: jako Piotr, Adam, Daniel i Bartosz. Takie postępowanie jest niedopuszczalne, gdyż wprowadza w błąd innych użytkowników. Proszę się zdecydować na jeden nick – albo Pańskie wpisy będą kasowane.

Autor tego wpisu występował w tym miejscu – wyłącznie w sprawie abp. Dzięgi – już pod czterema tożsamościami: jako Piotr, Adam, Daniel i Bartosz. Takie postępowanie jest niedopuszczalne, gdyż wprowadza w błąd innych użytkowników. Proszę się zdecydować na jeden nick – albo Pańskie wpisy będą kasowane.

@Piotr
Fakt, że pomyliłem ilość lat nie ma większego znaczenia. To tylko pomyłka. Został mianowany biskupem tej diecezji w lutym 2009 czyli 12 lat.

Pisze pan tak dużo o wpływie mediów na nasze poglądy na tą sprawę a skąd pan w takim razie ma tak pewny pogląd że:

„który jest niesłusznie oskarżany”
Czy przypadkiem nie z mediów Rydzyka ?

Ja rozumiem gdyby to była jedna osoba którą można by posądzić o konfabulacje ale tych osób jest pełno !
Pisząc takie rzeczy nie zdaje pan sobie sprawy z powagi sytuacji. W obronie wykorzystanych seksualnie dzieci nie stawali li tylko świeccy ale nawet duchowni ! ​Tarsycjusz (sam wykorzystany), o. Mogielski, prowincjał, siostra zakonna i inni oraz masa dziennikarzy.

Nawet wyrok I instancji został podważony.
Kapłan katolicki z odsłoniętą twarzą mówi, że dwadzieścia kilka lat temu (żeby pan się nie przyczepił ) był wykorzystany seksualnie i pan śmie twierdzić, że kapłan kłamie ?

A strony medalu są dwie: jedna to gwałciciel a druga osoba zgwałcona.
Więc tak: albo oskarżyciele wszyscy przez lata kłamali (a jest ich niemało) i są konfabulantami/kłamcami i to wszystko im się przyśniło i powinni być ukarani za składanie fałszywych zeznań albo nie kłamali i to jest/był sprawca. Innej strony medalu nie ma.

No właśnie ośmielam się pisać takie komentarze ze względu na to, że nie bazuje na wiadomościach medialnych 🙂 Ale widać jak pan już zniża się do poziomu dna używając argumentu: media Rydzyka… Nigdzie, nic takie nie napisałem, że ten kapłan kłamie, ale cieszę się, że sam pan mógł dojść do takich wniosków. Niestety nic mnie nie zdziwi w dzisiejszych czasach.
Fakt pomylenia przez pan lat ma oczywiście ogromne znaczenie, bo właśnie oskarżał pan człowieka o coś na co nie miał żadnego wpływu – 13 lat temu.

Autor tego wpisu występował w tym miejscu – wyłącznie w sprawie abp. Dzięgi – już pod czterema tożsamościami: jako Piotr, Adam, Daniel i Bartosz. Takie postępowanie jest niedopuszczalne, gdyż wprowadza w błąd innych użytkowników. Proszę się zdecydować na jeden nick – albo Pańskie wpisy będą kasowane.

Panie Zbigniewie, podziwiam Pana. Pańską cierpliwość i Pańską wiarę, że ten uparcie szukający źdźbła w Pańską oku zdoła dostrzec, że go tam nie ma. I, zapewne, do innych mu podobnych.

@Piotr
„cieszę się, że sam pan mógł dojść do takich wniosków”

Pozostawiam bez komentarza. Jeśli pan z mojego komentarza wyciąga takie wnioski to naprawdę nie ma tu co komentować.

Im więcej czytam takich fanatycznych komentarzy „obrońców” tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to chyba nie jest moje miejsce jednak.

Ciekawe jaki jest wyrok z 12 lutego 2021. Poczekamy, zobaczymy.
Pozdrawiam

Niech Pan da się wykazać kapłanom broniącym swego biskupa 🙂 Co innego im zostało poza dąsami w internecie?

>A ja oczekuje na obiektywny reportaż

Panie Piotrze, z pewnością przeczyta go Pan jedynie w prawdziwie niepokornych mediach takich jak w DoRzeczy albo – lepiej – w „Niedzieli”, która już zapowiedziała obszerny materiał na ten temat. Liczę też, że przeczytał Pan również niedawne oświadczenie biskupa szczecińskiego, wydane wobec bulwersującej opinię publiczną sprawy ks. D. Jego gotowość do dialogu, otwartość wobec dziennikarzy i jasny sprzeciw wobec zła pedofilii jest przecież powszechnie znany.

Autor tego wpisu występował w tym miejscu – wyłącznie w sprawie abp. Dzięgi – już pod czterema tożsamościami: jako Piotr, Adam, Daniel i Bartosz. Takie postępowanie jest niedopuszczalne, gdyż wprowadza w błąd innych użytkowników. Proszę się zdecydować na jeden nick – albo Pańskie wpisy będą kasowane.

Autor tego wpisu występował w tym miejscu – wyłącznie w sprawie abp. Dzięgi – już pod czterema tożsamościami: jako Piotr, Adam, Daniel i Bartosz. Takie postępowanie jest niedopuszczalne, gdyż wprowadza w błąd innych użytkowników. Proszę się zdecydować na jeden nick – albo Pańskie wpisy będą kasowane.

„Otwartość do dialogu i na dziennikarzy i jasny sprzeciw wobec zła pedofilii jest powszechnie znany u abp. Dziegi. ” Dobry żart! Abp. Dziega przez prawi 12 lat nic tu nie zrobił! Z zadną ofiarą sie nie spotkał oprócz niedawnego , naglego spotkania z P. Bożydarem, ofiarą ks….. Dymera. Gdzie są i co robią dwie komisje, ktore powołał? Gdzie jest szczec delegat? A raczej pseudodelegat? Mistrz w ukrywaniu wszystkiego przez lata.

@jp3: jak ja lubię te Pana kąśliwe komentarze ( niektórzy biorą je na poważnie 😉 – przebijają jednocześnie balon naszej naiwność ( w tym mojej – grzecznej katolickiej dziewczynki) i komentujących w stylu pana Piotra – zagorzałość.

Ale to być może p. Piotr będzie zbawiony, a nie ja. I będzie w niebie z wysoka, wspólnie z Paetzem, Wojtyłą i Dzięgą, spoglądał na moje cierpienia w piekle. Dobrze wiesz, że wasz Bóg w dość przewrotny sposób rozumie co jest dobrem a co złem.

Niestety redakcja nie bardzo lubi, nie można choćby napisać, że Dzięga, Wojtyła i Paetz znajdą swoje miejsce w Niebie (w odróżnieniu ode mnie).

To niestety mnie utwierdza w decyzji, że moja noga często już w kościele, a konkretnie w polskim kościele, nie postanie. Od 2ch lat coraz bardziej się oddalam od [polskiego? chociaż tak – jest JEDEN powszechny, ehhh] kościoła instytucjonalnego. Co ciekawe – coraz bardziej świadoma i mocniejsza jest moja wiara 🙂 Nagromadzenie tak wielu przypadków Zła sprawiło, że kompletnie już nie mam zaufania do samej instytucji.

A wiesz, że nie ma katolicyzmu bez kościoła? Nie lepiej iść za ciosem i stracić wiarę? Nie wydaje się ona specjalnie potrzebna przecież.

Panie Karolu, sądząc po sobie uważam że wiara to nie wybór, nie da się jej odrzucić jak i nie da się wziąć. Ale chrześcijaństwo to nie tylko katolicyzm. Z pewnością istnieją kościoły chrześcijańskie, które są otwarte na tych, którzy nie tracąc wiary w Boga utracili wiarę w Kościół Katolicki. Poza tym śmiem twierdzić, że nie ma ludzi nie wierzących- są ci którzy wierzą, że Bóg jest, i ci, Którzy wierzą, że Boga nie ma.

Są tacy, którzy wierzą, że czarny kot przynosi pecha i tacy, którzy wiedzą, że nie przynosi. Ale wiedzę też przyjmujemy na wiarę, bo o ile a+b= b+a umiemy sprawdzić wszyscy , to już z E=mc2(miał być kwadrat) już nieliczni sobie radzą. Nie ma niepodważalnego argumentu za tym, że Bóg istnieje, jak i przeciwnie. Na koniec- proszę nie traktować tego, jako przytyk- ale porównanie wiary w czarnego kota i wiary w Boga na takim portalu, jest raczej nietaktowne. Jednocześnie zapewniam, że, moim zdaniem Pańska obecność wnosi dużo dobrego.

Panie Tomaszu, pisze do Pana tez Tomasz z woj. Zachodniopomorskiego. Nie idziemy do Kosciołów dla księży a dla Zywego Jezusa! Aby być z nim! Aby nie był sam! Mamy Go wszyscy opuscić? ON nas kocha! Kazdego czlowieka! Kazdy czlowiek to Jego dziecko! Nasze imiona są zapisane w Księdze zycia! Nalezymy do Królewskiego Kapłanstwa a posrod nas jest mimo wszystko bardzo wielu pokornych kapłanów! Nie wrzucajmy wszystkich do jednego worka! To przrz nich przychodza na ten swiat sakramenty! Nie ich sakramenty a Boże sakramenty! Bóg nam je dał ! Dla nas! Dla naszego zbawienia!

Niestety, mamy czasy, w których na wierzch wypływa rzczej szumowina niż śmietanka. Czy wolno oczekiwać, że będę chodził do kościoła (piszę z małej litery, bo to tylko budynek) i znosił, że ten który ma być mieni się znakiem prawdziwej obecności Pana, Jezusa Chrystusa, konsekwentnie mnie z Kościoła wyklucza? Znakomita większość wiernych uczestniczy we mszy św. MIMO kapłanów, a argument ,,Nie idziemy do Kosciołów dla księży a dla Zywego Jezusa!” jest zwyczajną manipulacją znaczącą tyle co ,,jesteśmy, jacy jesteśmy i nic wam do tego, a jak się nie podoba, to wynocha, i tak przyjdzie koza do woza”.

Ciekawy tekst. Ale mam z nim jeden problem. Zakładam iz jego autor co do zasady respektuje polską konstytucję która to zawiera przecież (art.42 ust.3) zasadę iż ” Każdego uważa się za niewinnego ,dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu” . Ksiadz Dymer nie został z przyczyn wskazanych w artykule Pana Noskowskiego uznany za winnego. Czy fakt iż stało się tak być może z powodu wadliwego postępowania prokuratury i sądów które doprowadziły do przedawnienia karalności czynów przypisywanych księdzu Dymerowi pozwala dziennikarzowi odrzucić konstytucyjna zasadę domniemania niewinności? Pozwala przesądzać o winie kogoś kogo osądzic nie zdołały sądy ? Jako prawnik uważam że nie ale prawidłowosci swojej opinii nie jestem pewien.

Czym Państwo się tak ekscytują? Abp Dzięga zatrudnił świeckich prawników do obrony wiary i głoszenia słowa. To Abp Dzięga nie jest w Kościele, a nie Państwo którzy się tu bulwesują. Co za naiwność, jeśli ktoś tu myśli, że nawróci biskupa.

Bardzo przepraszam za literówkę w nazwisku autora tekstu ,a co do meritum nie podzielam Państwa opinii iz autor w sposób wystarczający wyjaśnił dlaczego w jego ocenie wolno dziennikarzowi pisać o kimś kogo sad nie uznał za winnego popełnienia przestępstwa jako o winnym .

Myślę, że nie ma potrzeby przystępowania do sakramentu spowiedzi w Kościele Arcybiskupa Dzięgi, jeśli sąd świecki nie uzna penitenta za winnego popełnienia przestępstwa.

@Jacek
Bo to nie taka prosta sprawa.

Co innego fakt, że ktoś nie został skazany z różnych powodów (przedawnienie, brak wystarczających dowodów („słowa przeciw słowom”), cwani adwokaci potrafiący wybronić swojego klienta z najgorszej opresji, błędy proceduralne etc) a co innego jaka jest faktyczna prawda – „Zgwałcił czy nie zgwałcił ?”

Załóżmy taką sytuację: ktoś zgwałcił inną osobę, sprawca wie że to zrobił, ofiara też dobrze wie, że została zgwałcona, ale wstyd czy inne okoliczności sprawiły że zgłosiła tę sprawę zbyt późno lub z powodu przeciągania w czasie czyn się przedawnił.
Czy w takim przypadku gwałciciel jest winny czy nie jest ?
Prawnie nie jest winny bo nie było nawet procesu !

Ale przecież nadal jest gwałcicielem i moralnie jest winny. Mówienie że ktoś jest niewinny bo jego czyn się przedawnił jest absurdalne. Jest „niewinny” tylko w świetle prawa, wystarczyłoby zmienić okres przedawnienia danego czynu i… już byłby winny w świetle prawa.

Nie zmienia to faktu, że czynu przestępczego dokonał i w tym świetle moralnie jest winny krzywdy na innej osobie.

Dokładnie tak. W takich sytuacjach wszystkim obrońcom prawości i formalnej niewinności chciałbym przypomnieć, że Adolf Hitler także nie został skazany za swoje czyny prawomocnym wyrokiem niezawisłego Sądu. Ani Józef Stalin. Ani setki innych szubrawców. Czy to oznacza, że wbrew dowodom historyków czy dziennikarzy mamy ich traktować jako niewinnych?

Myśle podobnie, Sekielskim nie wyszło, wiec 5-kolumna kościoła katolickiego dostała swoją szanse!

No to dalej nic nie robic ! Nie pomagać ofiarom! Wyrzucać je za nawias życia! Gratuluje myslenia P Piotrowi, Januszowi! Widac ze nigdy nie spotkali się z taką osobą, bo gdyby sie spotkali i poznali ich życie to zrobili by wszystko aby oczyszcić Kosciół nasz a im by pomogli.

Nie będę oryginalny, ale to się w głowie nie mieści. Czytałem w ostatnich dniach „Dlaczego odszedłem…” s. Obirka – i choć nie ze wszystkim się zgadzam (ten Kościół jest nadal moim domem) – coraz bardziej rozumiem o czym autor mówi. Straszne… Niech to wreszcie rozsypie się na drobne kawałki. Zaczniemy od nowa. Z tym personelem (br. Moris) nikomu uczciwemu nie może być po drodze. Dziękuję Panie Redaktorze, zapewne niełatwo jest wytrwać w odsłanianiu tej zgnilizny… Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.