Jesień 2020, nr 3

Zamów

Przeczekamy i prosimy o przeczekanie. Odc. 1: Kościelny rezerwat niedostępności

Od lewej siedzą: ks. Andrzej Dymer, abp Andrzej Dzięga, bp Marian Błażej Kruszyłowicz i bp Henryk Wejman, uroczyste otwarcie Szpitala Rehabilitacyjnego Świętego Karola Boromeusza w Szczecinie 19 czerwca 2017. Fot. Krzysztof Hadrian / Agencja Gazeta

Wspólnym wysiłkiem dwóch archidiecezji – szczecińskiej i gdańskiej – Polska usiłuje pobić rekord świata w długości trwania postępowania kanonicznego. Zmagania o akt kościelnej sprawiedliwości w sprawie ks. Andrzeja Dymera trwają już 25 lat.

Mija właśnie ćwierć wieku od chwili, gdy prawi ludzie w Szczecinie rozpoznali zło i zaczęli szukać sprawiedliwości. Szukali jej od 1995 r. najpierw w Kościele – i do tej pory nie znaleźli. Kolejne osoby zgłaszały problem kolejnym biskupom, ale nic z tego nie wynikało.

Dopiero w 2008 r. kościelny trybunał skazał ks. Andrzeja Dymera za molestowanie seksualne wychowanków. Oskarżony złożył jednak apelację. Wyroku ostatecznego wciąż nie ma. Za wieloletnią bezczynność kościelnej drugiej instancji odpowiada abp Sławoj Leszek Głódź, któremu watykańska Kongregacja Nauki Wiary powierzyła zadanie ponownego rozpatrzenia sprawy – ale nie potrafiła skutecznie tego od niego wyegzekwować.

25 lat zmagań o kościelny akt sprawiedliwości będziemy analizować w kolejnych częściach śledczego reportażu Zbigniewa Nosowskiego. Dziś odcinek pierwszy, najobszerniejszy.

*

Ta historia wydaje się dobrze znana polskiej opinii publicznej. Po publikacjach prasowych w roku 2008 kwestia oskarżeń wobec ks. Andrzeja Dymera o molestowanie seksualne wychowanków w podległych mu placówkach edukacyjnych wielokrotnie pojawiała się w mediach.

Przez osiem lat różne aspekty sprawy były też badane przez prokuraturę i sądy państwowe. Zwroty akcji w państwowym wymiarze sprawiedliwości zasługują na odrębne potraktowanie. Dość powiedzieć, że po dwukrotnym wszczęciu i umorzeniu śledztw prokuratorskich, zażaleniu do sądu przez jednego z pokrzywdzonych, uchyleniu decyzji prokuratury, ponownym przeprowadzeniu postępowania prokuratorskiego, ponownym umorzeniu, złożeniu subsydiarnego aktu oskarżenia do sądu, uniewinnieniu oskarżonego przez sąd rejonowy, złożeniu apelacji, uchyleniu uniewinnienia przez sąd okręgowy, odesłaniu sprawy do ponownego rozpoznania w pierwszej instancji i umorzeniu ze względu na przedawnienie – nadal skończyło się na niczym.

Jak długo jeszcze kościelne instytucje będą się bawić w tę sądową ciuciubabkę?

Z jednej strony bowiem sam oskarżony i jego obrońcy słusznie mogą podkreślać, że z punktu widzenia polskiego prawa pozostaje on osobą niewinną. Tak postrzega prawną sytuację kanclerz Kurii Metropolitalnej w Szczecinie, ks. dr Sławomir Zyga. Choć go o tę kwestię nie pytałem, sam do mnie napisał: „W wyniku tych, trwających kilka lat, postępowań ks. Andrzej Dymer został ostatecznie uniewinniony od wszelkich stawianych mu zarzutów. Wyrok w tej sprawie jest prawomocny. Ten stan prawny jest obowiązujący dla wszystkich w zakresie prawa polskiego”.

Ale z drugiej strony osoby przekonane o winie duchownego będą wskazywać, że ostatni wyrok merytoryczny to uchylenie uniewinnienia, zaś sądowe rozstrzygnięcia na korzyść oskarżonego były podejmowane najczęściej ze względu na przedawnienie karalności czynu według prawa państwowego.

Rozstrzygnięcia w sądach cywilnych sprawy jednak nie kończą, bo pozostaje jeszcze – rozpoczęte o wiele wcześniej, a wciąż niezakończone – postępowanie kanoniczne. Jak wiadomo, porządki prawne kościelny i państwowy są autonomiczne. Kościół stosuje też inne kryteria niż państwo – uznaje np. za ciężkie przestępstwo duchownego każdą formę kontaktu seksualnego z osobą poniżej lat osiemnastu. Uniewinnienie przed sądem państwowym nie oznacza więc automatycznie niewinności według prawa kanonicznego.

„Wszyscy cierpliwie oczekujemy”

Przebieg – wciąż trwającego – postępowania kanonicznego w sprawie ks. Andrzeja Dymera oskarżonego o molestowanie seksualne wychowanków znany był do tej pory jedynie szczątkowo. Otaczany był tajemnicą, choć opinia publiczna czeka na ostateczny kościelny werdykt już od co najmniej 2008 r., kiedy ujawniono, że ów proces się toczy.

Wiadomo było, że postępowanie trwa i że – jak wyjaśnił w sierpniu 2019 r. ks. kanclerz Zyga – „decyzją Stolicy Apostolskiej sprawa kanoniczna ks. Andrzeja Dymera jest prowadzona przez Trybunał Kościelny w Gdańsku” (taką odpowiedź otrzymał Radosław Gruca, autor książki „Hipokryzja. Pedofilia wśród księży i układ, który ją kryje”). Dlaczego w Gdańsku – nawet to było niejasne.

„Wszyscy cierpliwie oczekujemy na rozstrzygnięcie” – napisał ks. Zyga w cytowanym liście do dziennikarza. Wielu jednak oczekuje niecierpliwie. Szukanie kościelnej sprawiedliwości trwa już przecież od 25 lat. I wciąż trzeba zderzać się z jakąś ścianą.

Niechęci kościelnych instytucji do ujawniania jakichkolwiek informacji doświadczyłem również sam, zbierając materiały do niniejszej publikacji. Zwracałem się drogą oficjalną do kościelnych trybunałów w dwóch diecezjach i w obu miejscach spotykałem się z odmową. Rozumiem, że trudno informować o sprawie w trakcie trwania postępowania. Ale dlaczego wszystko trwa tak długo i przebiega tak niekonkluzywnie?

Czy wpływ na przewlekłość postępowania w Gdańsku mają bliskie – zarówno ideowe, jak i osobiste – relacje między emerytowanym dziś metropolitą gdańskim a urzędującym metropolitą szczecińsko-kamieńskim?

Na długo pozostanie mi w pamięci charakterystyczne określenie użyte przez oficjała Gdańskiego Trybunału Metropolitalnego. Uzasadniając odmowę przekazania mi informacji, ks. Jerzy Więcek napisał do mnie: „Gdy chodzi zaś o kolejne pytania, na które chciałby Pan uzyskać odpowiedź, to uprzejmie proszę, niech odpowiedzi na nie pozostaną jeszcze przez jakiś czas w rezerwacie niedostępności i tym samym nie staną się pożywką dla żądnych sensacji”.

Dzięki wielu dobrym ludziom możliwe stało się jednak uchylenie rąbka tajemnicy i zajrzenie do „rezerwatu niedostępności”. Ze strzępów różnych informacji udało się uskładać całościowy, choć niepełny, przebieg postępowania kanonicznego. Przedstawiam go poniżej – nie po to, by stał się „pożywką dla żądnych sensacji”, lecz aby odpowiedzieć na głód prawdy i kościelnej sprawiedliwości w tej sprawie oraz rozpocząć proces wyjaśniania, dlaczego wszystko trwa aż tak długo i kto za to odpowiada.

Ujawniamy

Chcąc opisać rzetelnie ćwierć wieku zmagań, zdecydowałem się na przygotowanie cyklu reporterskiego – a i tak każdy z tekstów będzie obszerny. Będą one pojawiały się tu co kilka dni. Zwłaszcza w pierwszych dwóch reportażach staram się przedstawiać głównie fakty, ograniczając własny komentarz. Wątki medialne oraz dotyczące działań prokuratury i sądów ograniczam tu jedynie do minimum niezbędnego dla ukazania dynamiki sprawy. Pojawią się też retoryczne pytania, na które będę szukał odpowiedzi w dalszych częściach cyklu.

Wiele z prezentowanych tu zdarzeń to kluczowe informacje prezentowane publicznie po raz pierwszy – zwłaszcza szczegółowe dane dotyczące przebiegu karnego procesu kanonicznego przeciw ks. Dymerowi. Ujawniam m.in. treść notatki szczecińskiego biskupa z roku 1996 i wyroku, jaki zapadł w pierwszej instancji procesu ks. Dymera w kwietniu 2008 r.

Po raz pierwszy opisuję publicznie także dalszy przebieg postępowania kanonicznego przeciwko szczecińskiemu duchownemu. A raczej – brak przebiegu, gdyż przez większość czasu w sprawie nie działo się dosłownie nic. Za ponad 9-letnią całkowitą bezczynność kościelnego sądu odpowiada abp Sławoj Leszek Głódź, ówczesny metropolita gdański, któremu Kongregacja Nauki Wiary przekazała sprawę w drugiej instancji. Wyraźne są także zaniedbania w nadzorze ze strony Watykanu.

Najlepiej to wszystko opisać po kolei, chronologicznie.

1995: Świeccy idą do biskupa

W roku 1991 młody, dynamiczny i pomysłowy duchowny ks. Andrzej Dymer zakłada w szczecińskim Lasku Arkońskim Ognisko św. Brata Alberta. Mieści się ono w niszczejącym budynku zlikwidowanego ośrodka wczasów dziecięcych, przejętym od Kuratorium Oświaty. Celem ośrodka jest zapewnienie opieki i niesienie pomocy dzieciom i młodzieży pozbawionym prawidłowej opieki rodzinnej. Ognisko rozpoczyna działalność we wrześniu.

W lutym 1992 r. ks. Andrzej Dymer wychodzi z inicjatywą utworzenia w Szczecinie Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego, pierwszej szkoły katolickiej na Pomorzu Zachodnim. Zdobywa na ten cel od miasta zdewastowany budynek zlikwidowanego przedszkola kolejowego (zabytkowa willa Hoerdera, w latach 1952–1990 mieścił się tam żłobek). Rada Miasta użycza szkole budynek na dziewięć lat, następnie zapadnie decyzja o użyczeniu posesji na następnych trzydzieści pięć lat. Szkołę powołuje 3 maja abp Marian Przykucki, ówczesny metropolita szczecińsko-kamieński. Liceum rozpoczyna działalność 1 września 1992 r.

Hierarsze musiała zaimponować rzutkość księdza z wizją, któremu powierzył odpowiedzialne zadanie tworzenia katolickiego liceum. Abp Przykucki trafił do Szczecina tuż przed decyzją w sprawie KLO, w kwietniu 1992 r., w efekcie reorganizacji struktur Kościoła w Polsce. Wcześniej od 1973 r. był biskupem pomocniczym archidiecezji poznańskiej, a w latach 1981–1992 – biskupem diecezji chełmińskiej.

Kongregacja Nauki Wiary przekazała swoje uprawnienia drugiej instancji do archidiecezji gdańskiej, ale nie potrafiła – przez ponad 12 lat! – wyegzekwować najpierw rozpoczęcia, a później zakończenia procesu

Problemy zaczynają się jesienią 1995 r., gdy do wychowawców Ogniska św. Brata Alberta – bliskich współpracowników ks. Dymera – zaczynają docierać opowieści wychowanków o nieprawidłowych zachowaniach księdza dyrektora. W listopadzie 1995 r. pięć zaniepokojonych osób spotyka się z biskupem pomocniczym archidiecezji szczecińskiej Stanisławem Stefankiem, sprawującym nadzór nad placówkami edukacyjnymi i wychowawczymi w archidiecezji. Wychowawcy ustnie zgłaszają biskupowi – w oparciu o relacje wychowanków – swoje podejrzenia dotyczące molestowania niepełnoletnich podopiecznych Ogniska przez dyrektora Dymera.

Bp Stanisław Stefanek również dobrze zapamiętał tę rozmowę i swoje z niej wrażenia. Tak po 13 latach będzie wspominał ten dzień z 1995 r. w wypowiedzi dla „Gazety Wyborczej”: „wrażenia ze spotkania miałem dziwne. Argumentów żadnych, same domysły, sugestie, nadinterpretacje. (…) Według mnie to wyglądało na odgrywanie jakichś ról, które wyrecytowano, których się wyuczono. Próbowałem im wytłumaczyć, jak bardzo krzywdzą siebie i księdza Andrzeja, bo przecież kłamstwo motywowane chęcią zemsty musi przynieść złe owoce. (…) Wiedziałem, że motyw tej agresji jest osobisty i wynika z czego innego niż troska o ochronę młodzieży. Chodziło o rozgrywkę środowiskową, tyle że zamiast noża albo pistoletu wykorzystano narzędzie, jakim jest potwarz. Kto mógł przypuszczać, że wrogowie księdza Andrzeja będą tacy zawzięci?”.

Wyraźnie biskup pomocniczy nie uwierzył wychowawcom. A jednak 15 grudnia 1995 r. ks. Dymer zostaje odsunięty od kierowania Ogniskiem św. Brata Alberta. Powody tej decyzji nie zostały podane do wiadomości. On sam, rzecz jasna, uważa się za pokrzywdzonego nieprawdziwymi zarzutami.

1996: Zakonnicy idą do biskupa

Nic więcej się jednak nie dzieje. Szczecińscy świeccy katolicy zaczynają więc szukać wsparcia u duszpasterzy. Znajdują je wśród zakonników, którzy nie podlegają bezpośrednio biskupowi. Wkrótce, na początku 1996 r., dwaj szczecińscy duszpasterze – dominikanin Józef Puciłowski i jezuita Zdzisław Wojciechowski – udają się w tej sprawie do abp. Mariana Przykuckiego.

Obaj duchowni dobrze pamiętają to spotkanie. Józef Puciłowski OP mówi dziś: „Do mnie zwrócił się Marek Mogielski, którego brat jest dominikaninem. Jego relacje były bardzo przekonujące. Umówiliśmy się więc na spotkanie z abp. Przykuckim. Poszliśmy do niego z samego rana. Wysłuchał nas z wielką powagą. Potwierdził, że sprawa jest mu znana, że zajmował się nią biskup Stefanek, a on boleje nad nią i pomoże w rozwiązaniu”. Również Zdzisław Wojciechowski SJ pamięta zapewnienia abp. Przykuckiego, „że nada sprawie właściwy bieg”.

Z dzisiejszej perspektywy dominikanin dodaje: „Zostaliśmy wysłuchani, ale nic z tego nie wynikło. Zostaliśmy zlekceważeni przez późniejsze decyzje, których konsekwencje ciągną się do dzisiaj”. Obaj zakonnicy, którzy zgłaszali sprawę ks. Dymera, jeszcze w tym samym roku 1996 opuścili Szczecin, trudniej więc im było podejmować dalsze działania. Usłyszeli zresztą zapewnienia biskupa, że nada sprawie bieg… Obaj duchowni w żaden sposób nie wiążą zmiany miejsca swojej pracy z tą sprawą. O. Puciłowski został wtedy przełożonym dominikanów na Węgrzech (jego matka jest Węgierką), zaś o. Wojciechowski został duszpasterzem akademickim w Warszawie.

Szybki zwrot akcji

Ze spotkania z zakonnikami abp Marian Przykucki sporządza ważną notatkę. Wierzy swoim rozmówcom, jest wyraźnie przejęty. Udało mi się ustalić treść tej notatki. Oto jej najważniejsze fragmenty:

„Otrzymałem informację pewną, że ks. Dymer jest homoseksualistą i deprawuje młodzież z Ogniska św. Brata Alberta. Niedobre wieści tego typu dochodzą też z Liceum Katolickiego – donoszą wychowawcy Ogniska św. Brata Alberta. (…) Trzej wychowankowie zeznali o procederze wychowawcom. Jeden już nie jest w schronisku. Ks. Dymer przekupuje swoich partnerów, aby milczeli. Daje różne podarki. (…) Sprawa wymaga natychmiastowego zbadania”.

W notatce padają ponadto imiona i nazwiska: dwóch zakonników, którzy rozmawiali z arcybiskupem; trzech wychowawców, którzy zgłaszali nieprawidłowości; oraz trzech innych szczecińskich duchownych, którzy znają sprawę.

Sędziowie kościelnego trybunału nie mieli w 2008 r. wątpliwości co do winy oskarżonego, zastosowali jednak bardzo łagodne sankcje. W ścisłym sensie kanonicznym być może nie są to nawet kary

Wkrótce jednak następuje kolejny zwrot akcji: ks. Dymer błyskawicznie wraca do łask. Można przypuszczać, że abp Przykucki – mimo że pierwotnie stwierdził, iż „sprawa wymaga natychmiastowego zbadania” – uznał jednak zarzuty za niewiarygodne. Zapewne uwierzył biskupowi Stefankowi, który o wiele lepiej znał archidiecezję szczecińską – pracował na jej terenie jeszcze w latach 60. w parafiach swojego zgromadzenia chrystusowców, a od 1980 r. był szczecińskim biskupem pomocniczym.

2 marca 1996 r. abp Przykucki tworzy nową instytucję: Diecezjalne Centrum Edukacyjne. Ma ono koordynować wszelkie działania edukacyjne i wychowawcze na terenie archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej. Zwierzchnikiem Centrum jest bp Stefanek, ale faktycznie kieruje nim wicedyrektor Dymer. 16 maja 1996 r. arcybiskup włącza Katolickie Liceum Ogólnokształcące do nowo utworzonego Centrum. W depeszy Katolickiej Agencji Informacyjnej z tej okazji wypowiada się jedynie ks. Dymer. Obejmuje on jednocześnie funkcję dyrektora powstającej właśnie Katolickiej Szkoły Podstawowej im. Świętej Rodziny.

Natomiast bp Stefanek w październiku 1996 r. zostaje ordynariuszem diecezji łomżyńskiej. A w sprawie zarzutów z Ogniska zapada w Szczecinie cisza.

„Przykład własnego, wzorowego etycznie życia”

Nie przerywają tej ciszy – a wręcz ją podtrzymują – kolejne zmiany personalne w archidiecezji i kolejne awanse ks. Dymera. W 1999 r. abp Marian Przykucki przechodzi na emeryturę (umrze 10 lat później). Jego następcą zostaje wcześniejszy biskup płocki Zygmunt Kamiński. Ingres nowego arcybiskupa do archikatedry szczecińskiej odbył się 23 maja 1999 r.

W tym samym roku ks. Andrzej Dymer obejmuje oficjalnie funkcję dyrektora Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego im. św. Maksymiliana Kolbego w Szczecinie, które założył 7 lat wcześniej (do tej pory i tak był powszechnie nazywany dyrektorem liceum, ale formalnie funkcję tę pełnił kto inny). W kolejnych latach przeprowadza skutecznie remont konserwatorski całego budynku, przywracając jego piękny zabytkowy charakter.

W roku 1999 ks. Dymer zostaje również przewodniczącym Rady Szkół Katolickich przy Konferencji Episkopatu Polski (kandydatura przewodniczącego Rady jest każdorazowo zatwierdzana przez KEP). Pełni tę funkcję do roku 2004. W tym samym czasie jest również członkiem Zgromadzenia Generalnego Europejskiego Komitetu Edukacji Katolickiej w Brukseli.

W 2001 r. ks Dymer współzakłada nową instytucję: Fundację Pomocy Dzieciom i Młodzieży im. ks. Stefana Kardynała Wyszyńskiego. Przez długi czas będzie jej prezesem, a wśród członków zarządu będzie m.in. adwokat reprezentujący ks. Dymera przed sądami państwowymi. Siedziba fundacji mieści się pod szczecińskim adresem Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego. Fundacja administruje m.in. ośrodkiem wypoczynkowym w Wisełce nad Bałtykiem, tuż przy Wolińskim Parku Narodowym.

Pełniąc funkcje w szkolnictwie katolickim, ks. Andrzej Dymer wielokrotnie publicznie przedstawiał swoja wizję szkoły katolickiej, w której „nie ławka, budynek, komputer są najważniejsze. To człowiek jest sednem wychowania!”. Tak pisał o roli nauczyciela w szkole katolickiej: „Nauczyciel musi być autorytetem. Jego osobowość powinny cechować: prawość, konsekwencja i stałość charakteru. Przykład własnego, wzorowego etycznie życia jest najważniejszy. Nauczyciel ponosi odpowiedzialność za ucznia w swoim sumieniu i odpowiada za niego nie tylko przed ludźmi, ale – co najważniejsze – przed Bogiem”.

2002: Siostra idzie do biskupa

Kolejne wydarzenia w tej historii następują dopiero w roku 2002. Wtedy o sprawie dowiaduje się siostra Miriam. To kobieta z niezwykłą historią: urodzona w Kairze, Egipcjanka z libańskimi korzeniami rodzinnymi, jest obywatelką USA, gdzie spędziła młodość, ma za sobą duchowe poszukiwania w Indiach, pracę misyjną na Haiti i w portugalskiej Fatimie. Jako dziewica konsekrowana (jedna z form życia konsekrowanego w Kościele) pracuje od ponad 30 lat na terenie Szczecina, prowadząc m. in. świetlicę dla dzieci i młodzieży, a obecnie dom pielgrzyma przy jednym z sanktuariów.

Jesienią 2002 r. siostra Miriam wraca od rodziny z USA. Spotyka się z grupą świeckich ze wspólnoty Kościoła Domowego. Opowiada im z przejęciem o wielkich problemach, jakie akurat przeżywa Kościół za oceanem w związku z ujawnieniem skali wykorzystywania seksualnego wśród duchownych i ukrywania problemu przez przełożonych. Wśród uczestników spotkania byli m.in. wychowawcy z Ogniska, którzy siedem lat wcześniej bezskutecznie zgłaszali nadużycia ks. Dymera biskupowi Stefankowi. Jeden z nich, Marek Mogielski, opowiada wtedy o własnych doświadczeniach. Okazuje się, że ten sam problem istnieje w Polsce.

„Gdy chodzi zaś o kolejne pytania, na które chciałby Pan uzyskać odpowiedź, to uprzejmie proszę, niech odpowiedzi na nie pozostaną jeszcze przez jakiś czas w rezerwacie niedostępności”

Wkrótce potem siostra Miriam otrzymuje potwierdzenie prawdziwości zarzutów z drugiego źródła – bezpośrednio od jednego z molestowanych mężczyzn. Poznała go osobiście na początku lat 90., udzielając mu wsparcia, gdy został wyrzucony z Ogniska św. Brata Alberta. Gdy spotkali się w 2002 r., on był już diakonem i przygotowywał się do święceń kapłańskich (do tej osoby wrócę w kolejnym odcinku tego cyklu). Siostra spytała go, czy miał w Ognisku negatywne doświadczenia z dyr. Dymerem. Wtedy ujawnił jej swoją krzywdę. A jej głęboko zapadły w pamięć jego słowa: „Kto nam uwierzy? Dymer to wielki ksiądz, a my to biedni chłopcy z marginesu społecznego”.

Siostra Miriam postanawia podjąć interwencję u abp. Kamińskiego. Niestety po spotkaniu z bólem opowiada swoim przyjaciołom, że usłyszała od arcybiskupa, iż bp Stefanek przecież badał zarzuty wobec ks. Dymera i uznał je za fałszywe oskarżenia. Rozmówczyni bezskutecznie nalegała, żeby metropolita spotkał się z osobami, które mówią, że były wykorzystywane.

Po pewnym czasie kobieta próbuje wejść jeszcze innymi drzwiami. Idzie na rozmowę do emerytowanego abp. Mariana Przykuckiego. Opowiada później współpracownikom, że i od niego usłyszała o odpowiedzialności bp. Stefanka, który nie zbadał całej sprawy do końca.

2003: Prowincjał idzie do biskupa

Mijają kolejne miesiące, ale szczecińscy poszukiwacze sprawiedliwości nie próżnują. Siostra Miriam zapamiętała zdanie usłyszane z ust arcybiskupa, że z nikim nie będzie już na ten temat rozmawiał, ale mogą do niego napisać list. Zapada decyzja o zebraniu spisanych świadectw.

Wtedy do akcji wkracza dominikanin Marcin Mogielski. Pochodzi ze Szczecina. Jego brat Marek był wychowawcą w Ognisku św. Brata Alberta i był w gronie 5 osób zgłaszających sprawę już w 1995 r. biskupowi Stefankowi. Sam Marcin jako maturzysta pomagał ks. Dymerowi w zakładaniu Ogniska w 1991 r., a później często bywał w tej placówce.

W dniach 5–11 czerwca 2003 r. – w porozumieniu ze swym ówczesnym prowincjałem Maciejem Ziębą – o. Mogielski spisuje świadectwa czterech wychowanków Ogniska św. Brata Alberta, którzy opowiadają mu, że byli molestowani seksualnie przez dyrektora Dymera. Spisuje także świadectwa wychowawców Ogniska. Przekazuje te relacje swojemu przełożonemu zakonnemu.

14 czerwca 2003 r. prowincjał dominikanów o. Maciej Zięba spotyka się z metropolitą szczecińskim, abp. Zygmuntem Kamińskim, i przedstawia mu świadectwa zebrane przez Marcina Mogielskiego. Dzisiaj o. Zięba mówi, że widział swoją rolę w sprawie jako uczciwego listonosza. Zarzuty znał tylko z relacji swego współbrata, któremu w pełni ufa. „Gazecie Wyborczej” w 2008 r. były prowincjał mówił, że był przekonany, iż w tej sprawie „trzeba ratować chłopców” – nieoczekiwanie spotkał się jednak z atakiem na młodego dominikanina.

Marcin Mogielski do dziś nie może powstrzymać emocji, gdy mówi o tamtym wydarzeniu: „Mój prowincjał usłyszał wtedy od arcybiskupa, że bierze udział w pedalskiej zemście na porządnym księdzu. Tym «pedałem» miałem być ja. Według arcybiskupa zostałem za to wyrzucony z seminarium w Szczecinie, co było jednym wielkim i parszywym kłamstwem”.

O. Zięba mówi mi, że w rozmowie z arcybiskupem zaprzeczał takim stwierdzeniom o Mogielskim. Metropolita szczeciński jednak głęboko uwierzył w linię obrony ks. Dymera. Jednym z kluczowych jej elementów jest przedstawianie osób oskarżających go jako mszczących się na nim homoseksualistów. Abp Kamiński zapewniał wręcz, że dysponuje dokumentami, które potwierdzają, że Marcin Mogielski właśnie za praktyki homoseksualne został usunięty ze szczecińskiego seminarium.

Dominikanin na dywaniku u biskupa

W sierpniu 2003 r. Marcin Mogielski OP otrzymuje wezwanie do stawienia się w szczecińskiej kurii na spotkanie z metropolitą. W spotkaniu bierze udział również kanclerz kurii, ks. Edward Cybulski.

„Od samego początku zostałem zaatakowany przez arcybiskupa, który krzyczał: «Kto ojca nasłał, kto ojcu to zlecił?» oraz «Jakim prawem ojciec robi śledztwo na terenie mojej diecezji?». Odpowiedziałem, że prawem miłości bliźniego i wierności Ewangelii” – wspomina dominikanin.

„Na koniec usłyszałem, że widzę tylko zło w ks. Andrzeju Dymerze, a nie dostrzegam dobra, które czyni. Powiedziałem wtedy, że o wykorzystywaniu chłopców w Ognisku wie również siostra Miriam. Chłopcy się jej zwierzali. Arcybiskup odpowiedział mi wtedy, że jak się ta siostra nie zamknie, to ją wyrzuci z diecezji”.

W 2007 r. do pokrzywdzonych dociera pierwszy dziennikarz: Michał Stankiewicz z „Rzeczpospolitej”. Publikację wstrzymuje jednak redaktor naczelny Paweł Lisicki

Dziwne, że abp Kamiński nie spytał o zdanie na temat Mogielskiego swego kolegi z episkopatu – bp. Pawła Cieślika, rektora szczecińskiego seminarium w latach 1993–1995, gdy uczył się tam młody Marcin. Bp Cieślik od 1995 r. pracuje w diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej jako biskup pomocniczy. Tak wspominał Marcina Mogielskiego w 2008 r.: „Był świetnym studentem, jednym z trzech najlepszych na roku. I cała trójka zgłosiła razem zamiar odejścia do zakonów, dwaj do dominikanów, jeden do franciszkanów. Żal wielki, w przyszłości widziałem ich bardzo wysoko w diecezji szczecińskiej. Długo nie mogłem się z tym pogodzić. Nawet byłem w tej sprawie u mojego przełożonego arcybiskupa Przykuckiego. Miałem nadzieję, że znajdzie jakiś sposób, żeby ich zatrzymać. Niestety, nie znaleźliśmy żadnych argumentów” – powiedział „Gazecie Wyborczej”.

Były zwierzchnik seminarium nie słyszał też o zarzutach obyczajowych wobec Marcina Mogielskiego. „O tego typu sprawach, gdyby istniały, wiedziałbym jako rektor w pierwszej kolejności. Nie, takich zastrzeżeń wobec Mogielskiego nie było. Mogę mu jedynie zarzucić, że był niekiedy zbyt radykalny w głoszonych przez siebie poglądach. Ot, gorąca głowa”.

„Z właściwą dla tych spraw delikatnością i rozwagą”

Jesienią do gry wracają świeccy. 10 listopada 2003 r. pięcioro wychowawców Ogniska św. Brata Alberta kieruje list do abp. Zygmunta Kamińskiego. Wyrażają zaniepokojenie brakiem działań biskupa po otrzymaniu materiałów od prowincjała dominikanów. Przedstawiają stan sprawy oraz motywy prawnokanoniczne, jakimi się kierują. Wprost cytują dokumenty kościelne, które zobowiązują biskupa do przeprowadzenia wstępnego dochodzenia kanonicznego w każdym przypadku, ilekroć dowie się on „choćby o prawdopodobieństwie zastrzeżonego przestępstwa”.

Wychowawcy podkreślają: „Naszą intencją nie było prowadzenie żadnego postępowania dowodowego, a jedynie zebranie materiału dokumentującego «prawdopodobieństwo» – jak to określa List Kongregacji Nauki Wiary – zajścia czynu przestępnego”. Deklarują: „naszym celem jest przedstawienie powyższej sprawy Ekscelencji, aby znalazła ona finał na forum kościelnym. Jednakże jako wychowawcy mamy obowiązek dbać o dobro powierzonych nam wychowanków i jeżeli sprawa ta nie zostanie rozstrzygnięta w granicach kompetencji władzy kościelnej, będziemy zmuszeni podjąć kroki procesowe w granicach kompetencji władzy państwowej”.

26 listopada 2003 r. kanclerz Kurii Metropolitalnej Szczecińsko-Kamieńskiej ks. Edmund Cybulski odpisuje lakonicznie na list wychowawców sprzed 16 dni. Zapewnia, że abp Kamiński „otrzymał wspomniany list i prowadzi czynności wyjaśniające”. Przypomina autorom listu, że „gdy chodzi o dobro człowieka, należy postępować z właściwą dla tych spraw delikatnością i rozwagą”.

2004: Pierwsze przesłuchania

Ostatecznie jednak wydarzenia z 2003 r. okazują się przełomowe. W ich efekcie władze kościelne uznały, że należy wreszcie oficjalnie poważnie zbadać zarzuty, a nie tylko przerzucać się „argumentami”, kto komu bardziej ufa. Zapewne abp. Kamińskiego, który z wykształcenia był prawnikiem, przekonały prawnokanoniczne argumenty przytoczone przez świeckich (dziś Marcin Mogielski dodaje, że list powstał z pomocą dominikańskich kanonistów) i groźba zgłoszenia sprawy organom ścigania. 

Na początku 2004 r. przed szczecińskim trybunałem metropolitalnym odbywają się pierwsze przesłuchania ofiar ks. Dymera. Ciekawe jednak, że spośród czterech osób pokrzywdzonych, których nazwiska i relacje przekazał arcybiskupowi Marcin Mogielski OP, przesłuchano wtedy jedynie dwóch świadków.

W 2004 r., po zakończeniu prac na etapie diecezjalnym, informacje trafiają ze Szczecina do Watykanu, gdzie Kongregacja Nauki Wiary nadaje sprawie ks. Dymera sygnaturę CDF Prot. N 870/2004.

A potem znowu w sprawie zapada cisza.

2007: Senator idzie do biskupa

W marcu 2007 r. wizytę abp. Kamińskiemu składa ówczesny senator z ramienia Platformy Obywatelskiej Jarosław Gowin. Wstrząśnięty świadectwami pokrzywdzonych, które poznał wcześniej, nalega na arcybiskupa, aby podjął stanowcze działania.

Obecny wicepremier i szef partii koalicyjnej nie chce dzisiaj mówić o swoim udziale w tej sprawie – na moją prośbę o rozmowę nie odpowiedział. Jarosław Gowin sporo o spotkaniu z abp. Kamińskim opowiedział jednak „Tygodnikowi Powszechnemu” w marcu 2008 r.: „Zająłem się tą sprawą w roku 2004. Dotarła do mnie przedstawicielka środowiska związanego z Ogniskiem św. Brata Alberta. (…) Zwrócono się do mnie, bo byłem jedną z osób zaangażowanych w rozwiązanie sprawy abp. Juliusza Paetza”.

Spotkanie w 2007 r. nie było pierwszym kontaktem Gowina z abp. Kamińskim w tej sprawie. „Wcześniej kilkakrotnie rozmawiałem z Metropolitą telefonicznie. Sprawa, acz opornie, ale się toczyła. (…) Wydaje mi się, że podczas ubiegłorocznego spotkania przekonałem Księdza Arcybiskupa do prawdziwości zarzutów. (…) Odniosłem wrażenie, że rozmawiam z człowiekiem bardzo cierpiącym; człowiekiem, który ma poczucie, że jednego z jego duchowych synów spotkało wielkie nieszczęście. Przecież do czasu rozmowy ze mną był on przekonany, że kapłan został skrzywdzony, bo go pomówiono. Ale po rozmowie zdał sobie sprawę, że ks. Andrzej jest jeszcze bardziej nieszczęśliwy, ponieważ jest sprawcą ogromnego, być może nawet nieuświadamianego sobie zła”.

Nie wiemy więc, jakich używał argumentów Gowin w rozmowie z abp. Kamińskim. Wiadomo jednak, że był skuteczny – choć tylko doraźnie.

2007: Watykan zleca prowadzenie procesu karnego

W kwietniu 2007 r. ks. Andrzej Dymer zostaje odsunięty przez abp. Kamińskiego od zajmowania się sprawami kształcenia dzieci i młodzieży w archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej, m.in. przestaje pełnić funkcję dyrektora Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego. Duchowny trafia wtedy do domu seniora.

Rok później ks. Dymer powie reporterom „Gazety Wyborczej”, że to on sam – natychmiast po decyzji arcybiskupa w 2007 r. o odsunięciu go od spraw edukacyjnych w diecezji – rozpoczyna starania w Watykanie o stwierdzenie jej nieważności i wykazanie bezzasadności stawianych mu zarzutów. Byłby to wyjątkowy przypadek, w którym duchowny podejrzany o najpoważniejsze przestępstwa kanoniczne sam wnosiłby o zainicjowanie formalnego postępowania. Rzecznik szczecińskiej kurii powie jednak w 2014 r., że sprawa na forum kanonicznym została wszczęta przez abp. Kamińskiego. Wersji oskarżonego, iż to on sprawę zainicjował, zaprzecza również cytowana wyżej watykańska sygnatura akt, pochodząca z roku 2004.

Ks. Dymer nie myli się jednak co do daty rozpoczęcia karnego procesu kanoniczego. 29 maja 2007 r. wreszcie – po niespełna 12 latach od pierwszych zgłoszeń, a ponad 3 lata po pierwszych przesłuchaniach – watykańska Kongregacja Nauki Wiary decyduje o powierzeniu Trybunałowi Metropolitalnemu Szczecińsko-Kamieńskiemu zadania rozpatrzenia zarzutów przeciwko ks. Dymerowi. Dlaczego musiały minąć aż trzy lata od szczecińskich pierwszych przesłuchań do formalnego wszczęcia procesu? Czy to zaniedbanie Kongregacji Nauki Wiary? A może Watykan już wcześniej – między rokiem 2004 a 2007 – zlecał rozpoczęcie procesu metropolicie szczecińskiemu, lecz to on nie podejmował działań? Na te pytania na razie nie znamy odpowiedzi.

Po rozpoczęciu karnego procesu kanonicznego odbywają się kolejne przesłuchania świadków. Marek Mogielski opowiada mi, że zeznawał w kurii dwukrotnie – i wcześniej, i w 2007 r. Pamięta, że – znając wszystkich molestowanych wychowanków – dopytywał, dlaczego nie był przed kościelnym trybunałem przesłuchiwany najmłodszy z nich (jego sprawa będzie później aż do 2015 r. krążyć po sądach państwowych). Usłyszał, że nie ma już potrzeby mnożenia świadków po stronie oskarżenia (zgodnie z kanonem 1553, „sędzia ma prawo ograniczyć zbyt wielką liczbę świadków”). Z drugiej strony adwokat ks. Dymera dążył do przesłuchania jak największej liczby świadków obrony (nawet później w apelacji będzie kwestionował ważność procesu kanonicznego, gdyż nie przesłuchano wszystkich zgłoszonych przez niego świadków i ekspertów).

Pierwsza próba dziennikarska

W 2007 r. do osób pokrzywdzonych przez ks. Dymera dociera pierwszy dziennikarz – Michał Stankiewicz z dziennika „Rzeczpospolita”. Przygotowany przez niego materiał nie ukazuje się jednak drukiem. Publikację wstrzymuje kierownictwo gazety (redaktorem naczelnym „Rzeczpospolitej” był wtedy Paweł Lisicki). Siedem lat później „Superwizjer” TVN będzie twierdził, że stało się to pod naciskiem biskupów i polityków.

Michał Stankiewicz na moje pytania o tamtą sprawę nie odpowiedział. Pytam więc Pawła Lisickiego, dziś redaktora naczelnego tygodnika „Do Rzeczy”. Odpowiada, że nie przypomina sobie żadnych nacisków. „Na pewno w związku z tymi materiałami konsultowałem się z różnymi ludźmi, ale w żadnym wypadku nie były to naciski i na pewno nie konsultacje zaważyły na tym, że tekst nie poszedł do druku”. Według Lisickiego powody jego decyzji były dwa: „Po pierwsze, brak całkowitej pewności co do prawdziwości materiałów”.

Drugim powodem decyzji ówczesnego redaktora naczelnego było jego „przekonanie, że «Rzeczpospolita» nie może być pismem zajmującym się z takim zacięciem i na taką skalę kwestią skandali w Kościele, bo negatywnie rzutuje to na jej pozycję pisma biznesowo-konserwatywno-liberalnego. Sam odpowiadałem wcześniej za doprowadzenie w 2002 r. do publikacji o abp. Juliuszu Paetzu oraz za serię tekstów poświęconych kwestii pedofilii w Kościele. Jestem przekonany co do słuszności tych decyzji, ale w oczywisty sposób wywołało to niechęć części czytelników”.

Lisicki tłumaczy: „Nie chciałem, żeby «Rzeczpospolita» stała się dyżurnym policjantem ds. afer seksualnych w Kościele, tym bardziej że inne gazety, nawet liberalne, zajmowały się tym tematem niechętnie. Przypomnę, że «Gazeta Wyborcza», mimo posiadanych przez siebie materiałów, sama nie zajęła się sprawą abp. Paetza, kierując się właśnie polityką redakcyjną i czekając, aż sprawą zajmie się ktoś inny”.

2008: „Czarna niewdzięczność, która dotknęła człowieka niewinnego”

W roku 2008 role na rynku medialnym się odwracają. Istotnego przełomu w sprawie dokonuje „Gazeta Wyborcza”. 10 marca 2008 r. na jej łamach ukazuje się obszerny reportaż „Grzech ukryty w Kościele”. Roman Daszczyński i Paweł Wiejas opisują w nim po raz pierwszy publicznie zarzuty pod adresem ks. Andrzeja Dymera. Przywołują relacje mężczyzn, którzy jako chłopcy mieli być wykorzystywani przez księdza. Cytują (pod nazwiskiem) wypowiedzi dominikanina Marcina Mogielskiego i innych osób, które potwierdzają prawdziwość zarzutów. Można przeczytać także opinie osób, które w winę duchownego nie wierzą, bronią go i uważają, że padł ofiarą spisku.

Reporterzy pytają ks. Dymera (przedstawianego w druku jako Andrzej D.): „Czy ksiądz molestował seksualnie swoich podopiecznych?”. Pada odpowiedź: „W życiu czegoś takiego nie zrobiłem. W podległych mi placówkach mówili o mnie «zamordysta», «dyktator», ale ja byłem po prostu twardym szefem. Ludzi, którym zaszedłem za skórę, nie brakuje. Gdybym rzeczywiście był pedofilem, już dawno zgłosiłby się tłum pokrzywdzonych. A tu nic, tylko ta grupka nawiedzonych kłamców”.

Innym ważnym rozmówcą reporterów „Gazety Wyborczej” jest bp Stanisław Stefanek. Na pytanie, czy jest pewien, że wykorzystywanie seksualne chłopaków nie miało miejsca, dawny pomocniczy biskup szczeciński (wówczas ordynariusz łomżyński) odpowiada: „Jestem tego pewien. Mamy tu do czynienia z czarną niewdzięcznością, która dotknęła człowieka niewinnego”. Dziennikarze dopytują: „Rozmawiał ksiądz biskup z którąś z domniemanych ofiar?”. Pada szczera odpowiedź: „Nie rozmawiałem”.

Wielkie wzburzenie musiało w tych dniach panować w szczecińskiej kurii. Marek Mogielski wspomina, że jeden z duchownych, którzy go wcześniej przesłuchiwali, zadzwonił do niego nagle po 22.00 w przeddzień publikacji artykułu – już po ukazaniu się zapowiedzi, czemu tekst będzie poświęcony – usiłując go nakłonić, aby podjął działania na rzecz zmiany decyzji redakcji. Bezskutecznie.

11 marca ks. Dymer prosi – dla podkreślenia swojej niewinności – aby w publikacjach posługiwano się jego pełnym nazwiskiem.

Prowincjał dominikanów: „Wiedziałem i wyraziłem zgodę”

Oburzony publikacją „Gazety Wyborczej” abp Zygmunt Kamiński postanawia doprowadzić do ukarania Marcina Mogielskiego, uznając go (skądinąd słusznie) za najpoważniejsze i najbardziej wiarygodne źródło informacji.

13 marca 2008 r. metropolita szczeciński wysyła list do prowincjała dominikanów, o. Krzysztofa Popławskiego: „jestem zmuszony, tym oficjalnym pismem, zapytać Ojca Prowincjała, czy Ojciec Prowincjał był konsultowany w tej sprawie i czy działanie o. Marcina Mogielskiego OP uzyskało aprobatę Ojca Prowincjała? Nie dopuszczając do siebie myśli, że to wszystko odbyło się za zgodą Ojca Prowincjała, muszę zwrócić się z prośbą o interwencję w tej sprawie i pouczenie o. Marcina Mogielskiego OP o drogach właściwych Kościołowi w załatwianiu takowych spraw”.

Błyskawicznie, bo już następnego dnia, nadchodzi odpowiedź. Krzysztof Popławski OP odpowiada metropolicie szczecińskiemu: „wiedziałem i wyraziłem zgodę na udział o. Marcina Mogielskiego w wyjaśnianiu sprawy przypadków nadużyć seksualnych wobec nieletnich. (…) W postępowaniu mojego współbrata Marcina Mogielskiego nie widzę niczego rażąco niewłaściwego. Jego decyzje i podejmowane przez niego działania są wyrazem troski o ubogich, którzy do dziś noszą w sobie poczucie skrzywdzenia i lekceważenia przez przełożonych Kościoła i którym zabrakło z ich strony zapewnienia fachowej pomocy czy choćby braterskiego zainteresowania”.

Tego samego dnia o. Marcin Mogielski OP mówi „Dziennikowi”: „Całkowicie podtrzymuję swoją opinię, że działania arcybiskupów archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej w tej sprawie były opieszałe. Sąd biskupi w Szczecinie nigdy mnie nie wezwał na przesłuchanie. Dlaczego?”.

W „Dzienniku” wypowiada się tego dnia także Jarosław Gowin, wówczas poseł Platformy Obywatelskiej. Na pytanie dziennikarza „Czy formułowane przez o. Mogielskiego zarzuty, że Kościół w archidiecezji szczecińskiej był opieszały w rozwiązywaniu tej sprawy, są słuszne?” Gowin odpowiada: „Jeżeli sprawy nie rozwiązano od 13 lat, to odpowiedź jest oczywista. Tak – słuszne”.

„Potworne kłamstwa” i „pomówienia”

W niedzielę 16 marca 2008 r. w szczecińskich kościołach katolickich czytany jest list abp. Zygmunta Kamińskiego. Metropolita szczecińsko-kamieński zwraca się do osób, u których publikacja „Gazety Wyborczej” wywołała „zamęt i niepokój”. Stwierdza, że „trudno zrozumieć, jakie motywy kierowały autorami wspomnianego tekstu oraz osobami dostarczającymi im materiałów. Okazuje się, że w dzisiejszym świecie tak łatwo publicznie można odrzeć człowieka z jego godności”.

Arcybiskup wyznaje: „wobec tej sytuacji jestem w kłopotliwym położeniu. Pragnąłbym w sposób jasny i zdecydowany wypowiedzieć swoje stanowisko, jednak z uwagi na fakt prowadzenia postępowania kanonicznego, które nie powinno być narażone na jakiekolwiek formy sugestii czy nacisków, w tym momencie nie mogę tego uczynić. (…) Wyrażam przekonanie, że postępowanie zainicjowane przeze mnie przed kilku laty wyjaśni ostatecznie wszelkie wątpliwości. Chciałbym przypomnieć, że rozpatrywaniu takich trudnych i bolesnych spraw zawsze musi przyświecać pragnienie poznania prawdy oraz prawo do ochrony godności każdej ze stron. Dlatego ubolewam, że tak łatwo wystawiono na widok publiczny sferę intymną człowieka”.

17 marca 2008 r. w obronie ks. Dymera występuje 23 wychowanków Ogniska św. Brata Alberta. Publikują oni ostry list adresowany do o. Marcina Mogielskiego, w którym nazywają przedstawione zarzuty „potwornym kłamstwem” i „pomówieniami”. Piszą o nakłanianiu do składania „fałszywych zeznań przeciwko księdzu Andrzejowi”. Wyrażają wdzięczność byłemu dyrektorowi Ogniska: „dzięki wpojonym przez niego zasadom potrafimy uczciwie żyć i wychowywać nasze dzieci”.

Tego samego dnia w szczecińskiej prokuraturze przesłuchiwany jest o. Marcin Mogielski. W wypowiedzi dla dziennikarzy po przesłuchaniu mówi także o postępowaniu kanonicznym: „Kościelny sąd nie przesłuchał nawet najważniejszego świadka, wówczas 14-letniego chłopca. Jego przypadek zgodnie z prawem kościelnym się nie przedawnił. Od 2003 r. biskupi sąd ani razu nie chciał wysłuchać także mnie, choć zebrałem tyle materiałów i mam wiedzę na ten temat”.

18 marca 2008 r. Prokuratura Rejonowa Szczecin-Zachód w Szczecinie wszczyna śledztwo, powołując się na publikację „Gazety Wyborczej”. W śledztwie łącznie zeznania złoży 120 świadków, w tym wychowankowie księdza, ich rodziny i wychowawcy z Ogniska. Materiały śledztwa składają się na 20 tomów akt.

Kwiecień 2008: Wyrok kanoniczny potwierdza winę duchownego

Wiosną 2008 r. opinia publiczna koncentruje się na medialnych sporach i przepychankach wokół sprawy ks. Dymera. Tymczasem w kościelnym zaciszu 28 kwietnia 2008 r. zapada wyrok pierwszej instancji w procesie kanonicznym duchownego. Treść tego wyroku do dziś znana była wyłącznie wąskiemu kręgowi osób.

Zgodnie z sentencją jest to „wyrok w sprawie karnej przeciwko ks. Andrzejowi Dymerowi”, w którym sąd „rozstrzygnął sprawę oskarżenia ks. Andrzeja Dymera o przestępstwo określone w kanonie 1395.2 KPK”. Przywoływany przepis Kodeksu prawa kanonicznego brzmi: „Duchowny, który w inny sposób wykroczył przeciwko szóstemu przykazaniu Dekalogu, jeśli jest to połączone z użyciem przymusu lub gróźb, albo publicznie lub z osobą małoletnią poniżej lat szesnastu, powinien być ukarany sprawiedliwymi karami, nie wyłączając w razie potrzeby wydalenia ze stanu duchownego” (w roku 2001 kościelne przepisy podwyższyły wspomnianą granicę wieku do ukończenia 18. roku życia). W przypadku tego procesu zarzuty dotyczyły zarówno wykorzystania seksualnego osób poniżej lat szesnastu, jak i użycia przemocy lub gróźb wobec nieco starszego wychowanka.

Wyrok trybunału pełen jest religijnych odwołań, mających podkreślić powagę sytuacji i ciężar podejmowanej decyzji. „Po sumiennym rozważeniu i osądzeniu tego wszystkiego, co w motywach prawnych i faktycznych zostało przedstawione, niżej podpisani członkowie Trybunału Kolegialnego, kierując się tylko wolą Boga Najwyższego, w odpowiedzi na wątpliwość stanowiącą przedmiot postępowania karnego ustalony w dekrecie oskarżenia, odpowiadają pozytywnie”. Odpowiedź „pozytywna” oznacza w kanonicznym języku potwierdzenie, że zarzucane czyny miały miejsce.

Precyzując swój wyrok, szczeciński trybunał archidiecezjalny podkreśla: „Cały materiał zeznaniowy, dokumentalny i refleksyjny wynikający z domniemań spowodowanych zaniedbaniami przesłuchań w 1996 r., zbierany mozolnie przez 12 lat, pozwala po głębokim i bezstronnym studium na uzyskanie pewności moralnej co do zasadności oskarżeń ks. Andrzeja Dymera o molestowanie wychowanków Ogniska św. Brata Alberta w Szczecinie w latach 1993–1995, w szczególności…” (tu padają w wyroku nazwiska dwóch wychowanków). Sąd kościelny uznał więc te dwa przypadki za szczególne, ale nie jedyne.

Trybunał stwierdza: „Po opuszczeniu Ogniska przez ks. Andrzeja Dymera 15 grudnia 1995 r. podejrzewania oskarżonego o podobne zachowania ustały. Do sądu nie dotarły żadne powody, które by uzasadniały podjęcie dochodzeń w tym kierunku. Należy więc przyjąć, że (…) ks. Andrzej Dymer potrafi korzystać z działania łaski w zachowaniu kapłańskich zobowiązań. Biorąc jednak pod uwagę ludzką skłonność do ulegania nieprzewidzianym sytuacjom, wydaje się zakaz powierzania mu funkcji związanych z posługą duszpasterską w sektorze młodzieżowym i dziecięcym. W intencji wynagrodzenia za karygodne zachowania w Ognisku ks. Andrzej Dymer przekaże swoje dochody z ostatnich trzech miesięcy na potrzeby Domu Samotnej Matki w diecezji”.

W uzasadnieniu wyroku sędziowie – trzej duchowni z terenu metropolii szczecińsko-kamieńskiej, których nazwiska znane są redakcji „Więzi” – piszą również: „Zdecydowanie trybunał odrzucił również próby obrony w kierunku przedłużania postępowania dowodowego przez zajmowanie się nieistotnymi dla sprawy incydentami”. Chodzi o działania obrony zmierzające do zdyskredytowania wiarygodności dwóch duchownych, których zeznania obciążały oskarżonego.

Maj 2008: Oskarżony się odwołuje

Widać zatem, że choć sędziowie kościelnego trybunału nie mieli wątpliwości co do winy oskarżonego, to zastosowali jednak bardzo łagodne sankcje. W ścisłym sensie kanonicznym być może nie są to nawet kary, lecz środek administracyjny (zakaz sprawowania funkcji) i środek pokutny (przekazanie dochodów „w intencji wynagrodzenia”). Prawdopodobnie wynika to z uwzględnienia okresu przedawnienia, które obowiązuje również w procesie kanonicznym.

Mimo to ks. Dymer z werdyktem trybunału się nie zgodził. Postanawia skorzystać z prawa do złożenia apelacji.

W mediach natomiast sprawa ks. Dymera rozkręca się. 17 maja 2008 r. w „Dzienniku” ukazuje się reportaż Radosława Grucy „Szkoła uwodzenia według księdza Dymera”. Autor dociera do jeszcze jednego mężczyzny molestowanego (jako 19-latek) przez duchownego. Cytuje również kilka relacji uczniów Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego prowadzonego przez ks. Dymera, świadczących o jego „nadmiernym zainteresowaniu intymnością chłopaków”. Te wątki pojawiły się jednak, jak się teraz dowiadujemy, już po wyroku pierwszej instancji procesu kanonicznego i nie zostały w nim uwzględnione.

Tymczasem oskarżonego i jego obrońcę zajmuje przygotowywanie zaskarżenia werdyktu trybunału, który ich zdaniem jest krzywdzący. 5 czerwca 2008 r. ks. Dymer składa apelację do Kongregacji Nauki Wiary, prosząc o ponowne rozpatrzenie wyroku i jego całkowite uchylenie. 15 dni później przesyła jeszcze tzw. poparcie apelacji, czyli jej uzasadnienie prawne. Jako powód apelacji adwokat podaje kanon 1620.7, czyli ograniczenie prawa oskarżonego do obrony, co skutkować ma nieusuwalną nieważnością wyroku. Podniesiono również zarzuty uchybień proceduralnych i błędnej oceny materiału dowodowego.

Lipiec 2008: Watykan pisze, abp Głódź nie odpowiada

Zgodnie z kościelnymi przepisami rutynowo drugą instancją dla wyroków podejmowanych w archidiecezji szczecińskiej jest Metropolitalny Sąd Duchowny w Poznaniu. Tak jest jednak w przypadku spraw standardowych, czyli głównie małżeńskich.

W przypadku oskarżeń duchownych o wykorzystanie seksualne drugą instancją jest watykańska Kongregacja Nauki Wiary. Jej werdykt ma charakter ostateczny i nie musi być zgodny z wyrokiem pierwszej instancji. Czasami jednak Watykan powierza zadanie osądzenia sprawy w drugiej instancji wybranemu trybunałowi diecezjalnemu, który w danym przypadku działa niejako w imieniu kongregacji.

Tak właśnie stało się w przypadku procesu ks. Dymera – i to jest źródło trwającej do dziś przewlekłości w tej sprawie. 15 lipca 2008 r. Kongregacja Nauki Wiary wystosowała pismo do abp. Sławoja Leszka Głódzia, metropolity gdańskiego (objął on urząd trzy miesiące wcześniej, w kwietniu 2008 r.). Kongregacja poleca arcybiskupowi rozpoczęcie procedowania sprawy oraz udziela mu delegacji do mianowania sędziów trybunału drugiej instancji i promotora sprawiedliwości (czyli, upraszczając, prokuratora). Stwierdza też, że poinformuje Trybunał Szczecińsko-Kamieński, wydając dyspozycję o przekazaniu akt pierwszej instancji do trybunału drugiej instancji, „po otrzymaniu życzliwej odpowiedzi Waszej Ekscelencji”.

Kłopot w tym, że owej odpowiedzi – ani życzliwej, ani nieżyczliwej – po prostu nie było. Prawie nikt do dziś o tym nie wiedział. Mógł nie wiedzieć także rzecznik kurii szczecińsko-kamieńskiej ks. Sławomir Zyga, gdy 8 stycznia 2009 r., po ogłoszeniu decyzji prokuratury o umorzeniu śledztwa w sprawie ks. Dymera, mówił Polskiej Agencji Prasowej: „Niezależnie od postępowania prokuratorskiego trwa proces kanoniczny w sprawie rzekomego molestowania dzieci, zgodnie z instrukcjami Stolicy Apostolskiej przewidzianymi w takich wypadkach. Postępowanie będzie trwało aż do pełnego wyjaśnienia całej sytuacji, na czym zależy Kościołowi. Sprawa od początku, czyli od półtora roku jest nadzorowana przez Watykan”.

2010: Instytut Medyczny

W Szczecinie tymczasem następuje zmiana na stolicy biskupiej. Abp Zygmunt Kamiński przechodzi na emeryturę. 21 lutego 2009 r. papież Benedykt XVI mianuje arcybiskupem metropolitą szczecińsko-kamieńskim dotychczasowego biskupa sandomierskiego Andrzeja Dzięgę. Nowy metropolita obejmuje urząd kanonicznie 31 marca, a jego ingres do archikatedry św. Jakuba Apostoła w Szczecinie odbywa się 4 kwietnia. Tak jak poprzednik, jest prawnikiem kanonistą, profesorem KUL. Był kanclerzem kurii polowej w latach 1992–1995 (biskupem polowym był wówczas Sławoj Leszek Głódź), a później m.in. dziekanem Wydziału Prawa KUL.

Nowy biskup szybko doceni biznesową skuteczność ks. Andrzeja Dymera i jego menedżerską obrotność. Roztropnie uznał, że należy wykonać wyrok trybunału pierwszej instancji, aby ks. Dymer został odsunięty od posługi duszpasterskiej „w sektorze młodzieżowym i dziecięcym”. Zrodziły się jednak nowe pomysły i możliwości działania dla przedsiębiorczego duchownego.

W 2010 r. archidiecezja szczecińsko-kamieńska zdobyła własność położonego w centrum Szczecina terenu. Nieruchomość ta należała przed wojną do zgromadzenia sióstr boromeuszek, które prowadziły tam od 1913 r. szpital. Władza ludowa teren przejęła i umieściła tam szpital kolejowy, a potem miejski. Gdy szpital został zlikwidowany i miasto chciało sprzedać nieruchomość, okazało się, że boromeuszki zrzekły się swoich praw własności na rzecz archidiecezji. Po gorących sporach w Radzie Miasta Szczecina zapadła decyzja, że archidiecezja kupuje bezprzetargowo od miasta (z bonifikatą 99,9 proc.) tę nieruchomość i zobowiązuje się do utworzenia tam centrum opiekuńczo-leczniczego.

W konsekwencji natychmiast 24 marca 2010 r. abp Dzięga wydał dekret erygujący Instytut Medyczny im. Jana Pawła II w Szczecinie. Dyrektorem Instytutu został ks. Andrzej Dymer. W imieniu archidiecezji zarządza on obecnie kilkoma przedsięwzięciami opiekuńczo-leczniczymi (szpital rehabilitacyjny i trzy domy pomocy społecznej), obficie korzystając także z dostępnych środków publicznych. Na przykład w 2013 r. z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Zachodniopomorskiego archidiecezja otrzymała 800 293 zł dotacji na dofinansowanie robót budowlanych w celu dostosowania budynku „na potrzeby Domu Pomocy Społecznej dla osób przewlekle psychicznie chorych”.

2013: Watykan się przypomina – i nadal nic

A w procesie kanonicznym nadal nic się nie działo… Wobec braku jakiejkolwiek odpowiedzi z Gdańska 23 sierpnia 2013 r. Kongregacja Nauki Wiary – dopiero po ponad pięciu latach! – pisze ponownie do abp. Głódzia, pytając o stan sprawy w drugiej instancji. Kongregacja prosi też o przesłanie potwierdzonej kopii akt procesu.

Odpowiedź tym razem się pojawia, choć nie natychmiast. Metropolita gdański odpowiada 2 października 2013 r., że proces drugiej instancji nie został rozpoczęty, ponieważ nie otrzymał on akt pierwszej instancji. A przecież – zgodnie z dyspozycjami, jakie otrzymał wcześniej z Kongregacji Nauki Wiary – to jego obowiązkiem jako biskupa było umożliwienie rozpoczęcia procedury poprzez mianowanie sędziów trybunału drugiej instancji i promotora sprawiedliwości, a także poinformowanie o tym Stolicy Apostolskiej.

W reakcji na ten list Kongregacja Nauki Wiary przesyła 5 listopada 2013 r. do Gdańska kolejne pismo. Czytamy w nim m.in.: „Będę bardzo zobowiązany Waszej Ekscelencji, jeśli będzie można rozpocząć proces drugiej instancji jak najszybciej to możliwe”.

Ale proces wciąż się nie rozpoczyna… „Jak najszybciej to możliwe” oznaczać będzie kolejne cztery lata.

2014: Zaufanie do wymiaru sprawiedliwości

8 kwietnia 2014 r. telewizja TVN24 przypomina sprawę szczecińskiego duchownego, emitując reportaż „Nietykalny”. Jego autorami są Jarosław Jabrzyk i Bertold Kittel oraz Michał Stankiewicz z „Rzeczpospolitej”, który przygotowywał publikację siedem lat wcześniej. Ks. Dymer określony jest tam mianem szarej eminencji kurii archidiecezjalnej. Dziennikarze sugerują, że duchowny również osobiście korzysta z prowadzonych inwestycji i przedsięwzięć. W programie można zobaczyć m.in. zbudowaną kilka lat wcześniej, okazałą willę ks. Dymera, położoną niedaleko Koszalina, w miejscowości Głusza (gmina Polanów), na trzyhektarowym cyplu, nad prywatnym jeziorem. Wokół gęste lasy i wzgórza. A mieszkańcy twierdzą, że do tego domu przyjeżdżają latem dzieci i młodzież.

Tego samego dnia oświadczenie wydaje kuria szczecińsko-kamieńska. Jej rzecznik ks. Sławomir Zyga wyjaśnia przebieg procesu w sądzie państwowym i zapewnia o pełnym zaufaniu archidiecezji do polskiego wymiaru sprawiedliwości.

W oświadczeniu po raz pierwszy kuria wspomina o przebiegu procesu kanonicznego. Pada ważna deklaracja: „Sprawa na forum kanonicznym została wszczęta jeszcze przez Arcybiskupa Zygmunta Kamińskiego, jednak została zawieszona do czasu zakończenia postępowania na forum państwowym. Archidiecezja ma pełne zaufanie do możliwości, jakie posiada polski wymiar sprawiedliwości w zakresie skutecznego gromadzenia środków dowodowych i chce owoce tego dochodzenia, z zachowaniem przepisów polskiego prawa, uwzględnić w dalszym toku postępowania kanonicznego. Stolica Apostolska jest o tym powiadomiona”.

Ks. Zyga podkreśla też: „Od początku sprawy, decyzją Arcybiskupa Zygmunta Kamińskiego, ks. Andrzej D. pozostaje odsunięty od wszelkich zadań duszpasterskich. Taka sytuacja będzie trwała do definitywnego rozstrzygnięcia sprawy zarówno w polskim wymiarze sprawiedliwości, jak też na forum kanonicznym”.

2015: Tu się skończyło, tam się nie zaczęło

Argumentacja rzecznika szczecińskiej kurii o wstrzymaniu procesu kanonicznego na czas trwania procesu w sądzie państwowym brzmiałaby całkiem przekonująco, gdyby nie (powyższa i poniższa) wiedza na temat rzeczywistego przebiegu obu procesów.

Otóż w 2015 r. zapadają dwa ostatnie wyroki sądów państwowych w sprawie ks. Dymera. 4 maja Sąd Okręgowy w Szczecinie uchyla zaskarżony przez pokrzywdzonego wyrok uniewinniający oskarżonego (zarzut dotyczył w tym przypadku „czynu lubieżnego względem osoby poniżej lat 15”) i przekazuje sprawę do ponownego rozpoznania.

Sprawa trafia więc znowu do Sądu Rejonowego Szczecin-Centrum. Ten jednak na posiedzeniu 30 grudnia 2015 r. sprawy już nie rozpatruje, lecz tylko w ciągu 10 minut wydaje postanowienie o umorzeniu postępowania karnego, „albowiem zgodnie ze zmianą kodeksu karnego (…) przedmiotowy czyn uległ z mocy prawa przedawnieniu (…) po upływie 20 lat od jego popełnienia”. Data przedawnienia w tym przypadku upłynęła kilkanaście dni wcześniej.

Od tej pory nie toczy się już w żadnym sądzie państwowym żaden proces wobec ks. Andrzeja Dymera jako oskarżonego. Mimo to kanoniczny proces drugiej instancji nadal – przez kolejne dwa lata – się nie rozpoczyna. A może argument z oczekiwaniem na zakończenie procesu w sądzie państwowym to tylko kolejny poręczny sposób na kanoniczne przeczekanie sprawy? Czyżby nikomu nie zależało na sprawnym przebiegu kościelnego procesu?

Dekret dopiero po 9 latach

Podobnie niezrozumiałe są zaniechania w procesie kanonicznym zupełnie niezależne od efektów prac sądów państwowych. Pełne akta procesu kanonicznego pierwszej instancji trafiają ze Szczecina do Gdańska dopiero w lipcu 2015 r. Wtedy Gdański Trybunał Metropolitalny posiada już pełną dokumentację do rozpoczęcia działań w drugiej instancji. Mimo to abp Głódź nadal nie wydaje niezbędnego dekretu. 30 października 2017 r. ponownie przypomina się metropolicie gdańskiemu Kongregacja Nauki Wiary, pytając w kolejnym piśmie o stan sprawy ks. Dymera.

Ostatecznie abp Sławoj Leszek Głódź dopiero 31 grudnia 2017 r. wydaje dekret nakazujący wszcząć proces sądowy w drugiej instancji. Rozpoczęcie procesu nastąpiło zatem ponad 9 lat po otrzymaniu polecenia Kongregacji Nauki Wiary (15 lipca 2008 r.). Proces ten nie zakończył się do dziś.

Wyraźnie zatem winę za tę wieloletnią bezczynność kościelnej drugiej instancji ponosi przede wszystkim abp Sławoj Leszek Głódź jako metropolita gdański, a tym samym sprawujący w Kościele władzę sądowniczą jako pierwszy sędzia w diecezji (tak określa rolę biskupa prawo kanoniczne). Trzeba też podkreślić rażące zaniedbania w nadzorze ze strony Kongregacji Nauki Wiary. Kongregacja przekazała swoje uprawnienia drugiej instancji do archidiecezji gdańskiej, ale nie potrafiła – przez ponad 12 lat! – wyegzekwować najpierw rozpoczęcia, a później zakończenia procesu.

Do wyjaśnienia pozostaje również kwestia przepływu informacji z archidiecezji szczecińskiej do Gdańska. Dlaczego akta sprawy pierwszej instancji trafiły do gdańskiego trybunału dopiero w lipcu 2015 r.? Dlaczego – mimo zakończenia postępowań przed sądami państwowymi – trzeba było czekać kolejne dwa lata na formalne rozpoczęcie procesu drugiej instancji w Gdańsku? Dlaczego proces ten trwa już prawie trzy lata? Czy wpływ na przewlekłość postępowania w Gdańsku mają bliskie – zarówno ideowe, jak i osobiste – relacje między emerytowanym dziś metropolitą gdańskim a urzędującym metropolitą szczecińsko-kamieńskim?

Czy to duszpasterstwo?

Co ciekawe, wobec przedłużającego się procesu kanonicznego rosnący w siłę w Szczecinie ks. Andrzej Dymer coraz aktywniej udzielał się duszpastersko.

19 czerwca 2017 r., jako dyrektor Instytutu Medycznego, ks. Dymer koncelebrował Mszę świętą z okazji otwarcia Szpitala Rehabilitacyjnego im. św. Karola Boromeusza (w pięknie wyremontowanym dawnym szpitalu miejskim). Mszę sprawowało m.in. czterech biskupów, a w uroczystości otwarcia szpitala uczestniczyli także przedstawiciele władz państwowych, m.in. ministrowie Beata Kempa (szefowa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Beaty Szydło) i Paweł Szefernaker (minister w Kancelarii Premiera, absolwent szczecińskiego KLO) oraz wicemarszałek Sejmu Joachim Brudziński.

Niedługo później, 18 października 2017 r., jako założyciel szkoły ks. Dymer przewodniczył Mszy świętej z okazji 25-lecia Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego w Szczecinie.

3 czerwca 2018 r. w kościele parafialnym w Trzebieży odprawił natomiast Mszę św. w intencji leśników podczas XXXIV Odpustu Leśnego. Z leśnikami zresztą ks. Dymer spotyka się częściej, np. z okazji Hubertusa (sam jest absolwentem technikum leśnego w Starościnie).

Argumentem o przewlekłości postępowania i nieprzestrzeganiu przez trybunał obowiązku sprawnego działania mogą się teraz posługiwać również obrońcy oskarżonego

O duszpasterską aktywność ks. Dymera zapytałem ks. Sławomira Zygę, kanclerza szczecińskiej kurii. Najpierw odpowiadał mi na inne pytania niż te, które stawiałem (o dokładne brzmienie obowiązującego zakazu). Wyjaśniał: „Z dostępnych mi dokumentów wynika, że ks. Andrzej nadal nie sprawuje funkcji duszpasterskich, a jedynie funkcje administracyjno-organizacyjne”. Przy następnym podejściu udało mi się dowiedzieć, że „od decyzji arcybiskupa Zygmunta Kamińskiego do chwili obecnej ks. Dymer pozostaje odsunięty od wszelkich zadań i funkcji duszpasterskich. Ta sytuacja musi trwać do zakończenia kanonicznego procesu karnego. Nie znam wyjątków od tej zasady”.

Gdy spytałem wprost, czy zdaniem kurii przytoczone wyżej wydarzenia są złamaniem przez ks. Dymera obowiązującego zakazu – dostałem odpowiedź następującą: „Żaden z faktów, o których Pan napisał, nie jest pełnieniem ani urzędów ani zadań duszpasterskich w rozumieniu kan. 145 par. 1 Kodeksu Prawa Kanonicznego”. Przywoływany przez kanclerza kanon mówi o urzędach kościelnych „ustanowionych na stałe”. Wciąż jednak nie udało mi się dowiedzieć od ks. Zygi, jak brzmi obowiązująca decyzja w sprawie ks. Dymera.

Pozostaje mi zatem wyciąganie własnych wniosków. Trybunał szczeciński w ujawnionym wyżej wyroku z 2008 r. wydał „zakaz powierzania mu [ks. Dymerowi] funkcji związanych z posługą duszpasterską w sektorze młodzieżowym i dziecięcym”. Ten wąsko rozumiany zakaz jest przestrzegany – takich funkcji duchowny nie otrzymał i nie sprawuje. Tyle tylko, że ks. Zyga sam wielokrotnie mówił publicznie o odsunięciu przedsiębiorczego duchownego „od wszelkich zadań duszpasterskich”, zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży. A trudno nie uznać za tego rodzaju aktywność przewodniczenia Mszy świętej z udziałem licealistów.

Co na to oskarżony i obrońcy?

Kwestia zakazu aktywności duszpasterskiej to jednak drobny szczegół w porównaniu z opisanymi tu skandalicznymi zaniedbaniami w prowadzeniu procesu kanonicznego. Co więcej, zaniedbania te mają obecnie dodatkowe konsekwencje, gdyż argumentem o przewlekłości postępowania i nieprzestrzeganiu przez trybunał obowiązku sprawnego działania mogą się teraz posługiwać również obrońcy oskarżonego. Próbowałem z nimi o tym porozmawiać.

W procesie kanonicznym adwokatem ks. Dymera jest od początku szczeciński prawnik ks. dr Grzegorz Harasimiak, od ponad 20 lat pracownik tamtejszego Sądu Metropolitalnego, a równocześnie prawnik karnista, wykładowca Uniwersytetu Szczecińskiego, zajmujący się m.in. tematyką przestępczości nieletnich. Gdy do niego zadzwoniłem, pytając o jego ocenę długości trwania procesu, nic nie chciał mi odpowiedzieć. Interesowały go za to głównie dwie kwestie: po pierwsze, skąd wiem o jego zaangażowaniu w tę sprawę; po drugie, kto wydał mi zlecenie, abym się tym tematem zajmował. Gdy odpowiadałem, że w tej kwestii kieruje mną chrześcijańskie sumienie, rozmowa się wyraźnie nie kleiła. Pozostaliśmy zatem przy swoich tajemnicach: ks. Harasimiak mówił o tajemnicy procesowej, ja natomiast – o tajemnicy dziennikarskiej.

Drugim obrońcą ks. Dymera został ceniony lubelski kanonista ks. prof. Mirosław Sitarz, aktualnie prorektor KUL odpowiedzialny m.in. za misję uniwersytetu. Również i jego poprosiłem o rozmowę na temat przyczyn przewlekłości tego procesu i fachowy komentarz do tej kwestii. Niestety moje prośby kierowane trzykrotnie pocztą elektroniczną pozostały bez odpowiedzi.

Obu obrońców, a także ks. Sławomira Zygę, prosiłem także o pomoc w nawiązaniu kontaktu z ks. Andrzejem Dymerem. Przekonywałem, że przedstawienie jego argumentów jest w tej sprawie bardzo istotne. Jedynie ksiądz kanclerz obiecał, że przekaże moją prośbę zainteresowanemu. Po długim czasie otrzymałem odpowiedź: „Ponieważ ksiądz Andrzej Dymer przeszedł w ostatnim czasie bardzo poważną operację, ze względu na jego stan zdrowia ograniczone są wszystkie zewnętrze kontakty”.

2020: Nadal czekamy

Licząc od pierwszego zgłoszenia sprawy biskupowi, mija właśnie 25 lat zajmowania się przez kościelne struktury tym jednym (choć bardzo znaczącym) przypadkiem. Tylko że nikt nie jest z tej okazji skory do świętowania srebrnego jubileuszu…

Już w werdykcie szczecińskiego Trybunału Metropolitalnego z 2008 r. mowa była o zaniedbaniach z roku 1996 i późniejszych 12 latach postępowania aż do wyroku pierwszej instancji. Teraz doszło kolejne ponad 12 lat działania/niedziałania w drugiej instancji. Czyżby wspólnym wysiłkiem dwóch archidiecezji – szczecińskiej i gdańskiej – Polska usiłowała pobić gorzki rekord świata w długości trwania postępowania kanonicznego? Niestety nikt takich rejestrów nie prowadzi, więc polskie „osiągnięcie” pozostanie nieoficjalne.

Przed kilkoma tygodniami zaniepokojona Kongregacja Nauki Wiary wystosowała kolejny list w sprawie tego procesu – tym razem do bp. Jacka Jezierskiego, który po odejściu na emeryturę abp. Głódzia został administratorem apostolskim archidiecezji gdańskiej. Watykan przypomina, że sprawę trzeba wreszcie zakończyć, bo trwa ona już ponad 5 lat od momentu, kiedy akta pierwszej instancji wpłynęły do sądu. A przecież czas liczyć trzeba raczej od 15 lipca 2008 r., kiedy Kongregacja Nauki Wiary poleciła metropolicie gdańskiemu rozpoczęcie procedowania sprawy. Jak długo jeszcze kościelne instytucje będą się bawić w tę sądową ciuciubabkę?

Ponad pół wieku temu polski episkopat zasłynął ewangelicznym podejściem do narodu niemieckiego. Zaledwie 20 lat po zakończeniu II wojny światowej nasi biskupi wyciągnęli ręce do niemieckich współbraci, w liście do nich wyrażając przebaczenie za niemieckie winy wobec Polaków i prosząc o przebaczenie win z polskiej strony. Dziś, niestety, w działaniach większości polskich biskupów wobec palącego dramatu wykorzystywania seksualnego dominuje w praktyce inna formuła: „Przeczekamy i prosimy o przeczekanie”. A problemy niech sobie najlepiej tkwią w „rezerwacie niedostępności”…

*

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Ale niech Państwo nie myślą, że koniec pierwszej części tego cyklu to koniec historii procesów sądowych z udziałem ks. Andrzeja Dymera. Szczeciński duchowny jedynie zmienił rolę. W ostatnich latach z oskarżonego przekształcił się w oskarżyciela. Ale o tym – za kilka dni. A w następnych odcinkach – szczegółowa analiza kilku najważniejszych aspektów sprawy, w tym refleksja nad odpowiedzialnością poszczególnych osób za taki a nie inny przebieg postępowania.

Ciąg dalszy nastąpi

PS. Dziękuję Wojciechowi Bonowiczowi za podpowiedzenie tytułu tego cyklu. Trafiłeś w sedno!

Zranieni w Kościele

Podziel się

Wiadomość

Komentarze (10)

Przy zupełnie nieodpowiedzialnej i zwyczajnie karygodnej postawie biskupów świeci odważne i właściwe zachowanie wielu ,,szeregowych” duchownych, szczególnie dominikanów. A poza tym struktura, struktura i jeszcze raz struktura… to ona przede wszystkim wymaga naprawy. Panie Redaktorze, dziękuję za troskę o Kościół i ofiary duchownych, choć wielu Pańskie zaangażowanie rozumie całkiem odwrotnie.

Jestem zdziwiony tłumaczeniem Pawła Lisickiego wstrzymania druku materiału na ten temat. Owszem, jest zrozumiałe, ale rodzi pytanie, czego jeszcze z powodów komercyjnych nie opublikował i nie publikuje. Przykład Gazety Wyborczej nie ratuje tłumaczenia – wiedząc, że Rzeczpospolita prowadzi śledztwo ws. J.Paetza ustąpienie pierwszeństwa Rzeczpospolitej pomogło sprawie, bo taka publikacja w Wyborczej by podważała wiarygodność ustaleń jako formułowanych przez wrogów (prawdziwych) Kościoła. Ta decyzja o nie publikowaniu materiału o A.Dymerze nie przekreśla gigantycznej zasługi Pawła Lisickiego dla demaskacji uwikłań księży w nadużycia seksualne. Publikacja o J.Paetzu wymagała naprawdę wielkiej odwagi i nonkonformizmu. Pamiętajmy, że były to początki rządu SLD i łatwo można było odłożyć temat, by nie pomagać wrogom Kościoła. To tak, jakby Wyborcza opisała sprawę Józefa Piniora. Ale nigdy jej się nie zdarzyło, by zdemaskować układy bliskich sobie ideowo środowisk. Tym niemniej, tłumaczenie Pawła Lisickiego bardzo „niepolityczne”.

Najważniejsze to wdzięczność dla Autora za artykuł. Przywraca katolikom ciut, ciut godności.

Myślę, że wiele nie publikuje sporej części materiałów. Przede wszystkim z tej przyczyny, że słabo udokumentowane materiały mogą skończyć się dotkliwym wyrokiem sądu. Paweł Lisicki w tygodniu Do Rzeczy regularnie udziela głosu ks. Zaleskiemu czy Tomaszowi Terlikowskiemu, którzy nie należą do zwolenników przeczekania.

Zgadzam się. Nadto dodam, że udzielenie odpowiedzi red.Nosowskiemu to już w czasach ignorowania w debacie publicznej trudnych dla siebie pytań odbiega na korzyść od tego złego standardu.

Wyroku nie ma i nie będzie, a jak ktoś chce coś powiedziec to odrazu zostaje zastąpiony tak jak to miało miejsce w sądzie biskupim w Szczecinie. Pytanie brzmi: Czy Andrzej D. ma teczki na Arcybiskupa Andrzeja D.

Ogrom pracy z Pana strony by to wszystko pozbierać. Dziękuję.
Ja kojarzę tylko artykuł to chyba był DF( Duży Format) z 2008. I nagonkę na dominikanina Mogielskiego ( miał sporo kłopotów mimo obrony przeora) Czasowo odszedł z zakonu. To tylko daje do myślenia, że dawne artykuły różnych gazet dotyczące pedofili w Kościele ukazywały jakiś fragment sprawy toczącej się latami.
Przerażające. Ile takich historii może jeszcze być?

Do osoby o niku KSIADZ……… jest Ksiadz ze Szczecina , ze szczecinskiej kurii, prosze napisac jak jest dobrze? Wiem o tym co sie dzieje w sadzie biskupim i nie tylko …o tych protestach wobec abp. Dzięgi. To wazne! Prosze napisac cos wiecej , proszę się nie bać. Dziekuję!

Redaktorze, proszę nie ustawać ani na jotę. To Wy dzisiaj bronicie mojego Kościoła przed wilkami w purpurze.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.