Jesień 2020, nr 3

Zamów

Trzy po trzy Wyjść z komory echa

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Mowa to jeszcze nie rozmowa. Widzimy to każdego dnia w telewizyjnych dyskusjach politycznych. Ileż to razy słyszeliśmy: „Ja panu/pani nie przerywałem”… Znacznie rzadziej: „Pan/pani mnie nie słucha”. Reguła nieprzerywania ma zapobiegać kolizji monologów, a nie służyć rozmowie.

To mój pierwszy felieton w tym miejscu, więc chciałbym się jakoś z Czytelnikami przywitać. Ale to także mój pierwszy felieton w życiu. Nie jestem dziennikarzem ani pisarzem, ani akademikiem. Raczej – aktywistą, działaczem, organizatorem i… wszystkich tych określeń nie lubię. Zresztą w pewnym wieku stają się one jakoś krępujące – trochę tak, jakbym nie umiał z czegoś wyrosnąć. A jednak nie umiem i w istocie tego nie chcę. Czasem jednak „odkładam narzędzia” i myślę nie tylko o kamieniarskim rzemiośle, lecz również o architekturze. I o tym chciałbym tu pisać.
A dlaczego „Trzy po trzy”? Bo chciałbym pisać przede wszystkim o… triadach, trójkątach, tryptykach itp. Wiem, że brzmi dość tajemniczo. Spróbuję rzecz wyjaśnić. Chodzi mi o specyficzne (często widziane jako rozdzielne, a jednak łączne) struktury myślenia, postrzegania i porządkowania rzeczywistości. Chodzi o to, co mamy w głowie i co „zaszyte” jest w języku. Chciałbym tu zachęcać Państwa do rozumowania „przestrzennego” (3D). Jest ono trudniejsze niż wariant jedno- i dwuwymiarowy, ale pozwala zobaczyć i zrozumieć więcej. Trochę jak lot balonem.
Od jakiegoś czasu staram się szukać takich właśnie form przestrzennych – a to oznacza co najmniej trzy wymiary albo trzy wierzchołki lub punkty podparcia. Takie triady wyznaczają płaszczyzny, tworzą przestrzenie, każą szukać równowagi, pozwalają się wspinać ku górze lub spoglądać na sprawy z dołu. Pozwalają też czasem połączyć przeciwieństwa i przekroczyć ich antagonistyczny charakter. Coś mnie do nich przyciąga…
Czasem są one ze sobą sklejone, wypowiada się je wręcz na jednym oddechu jako swoiste „komplety”, np. wolność–równość–braterstwo czy wiara–nadzieja–miłość albo piękno–prawda–dobro czy Bóg–honor–Ojczyzna itp. Triady można jednak nie tylko wyszywać na sztandarach, ale też mogą one służyć porządkowaniu rzeczywistości – jak arystotelesowskie ethos–logos–pathos (typy perswazji) czy episteme–techne–phronesis (rodzaje wiedzy). Do myślenia daje także nieuchronnie (?) powtarzający się trójkowy cykl: demokracja–chaos–tyrania. Obok nich na mojej liście znajdują się: Izolda, Małgorzata i Dulcynea (i to w parach z Tristanem, Faustem i Don Kiszotem). A są przecież i trzy podstawowe barwy, i logika trójwartościowa, a może nawet (jak już nie będę mógł się powstrzymać) trójpodział władzy…
 
Ale o „trójkątach” będę pisał od następnego numeru. Na początek bowiem chciałbym zająć się czymś, co jest podstawą wszelkiego trialogu – mianowicie kwestią dialogu. Słowo to w samej swej konstrukcji dia-logos ma „zaszytą podwójność”. I w tym właśnie tkwi istota problemu. Nie da się stworzyć dialogu, operując tylko „jednowymiarowcami”. Niewiele da ich mnożenie – dwa monologi nie staną się dialogiem. Dialog to nie paplanina kogokolwiek z kimkolwiek o czymkolwiek. W takiej sytuacji logos nic nie „wyjawia” i niczego nie odkrywa (takie jest oryginalne znaczenie terminu logos), nie niesie sensu.
Bywa też, że nasza komunikacja staje się narzędziem walki (to nie jest wymiana sensów, lecz wymiana ciosów). Język przestaje wtedy służyć rozumieniu siebie nawzajem. Staje się narzędziem rywalizacji (bronią) i ustalania relacji zwycięzca–przegrany. Tu nie chodzi bynajmniej o często zbyt brutalny, ale naturalnie rywalizacyjny świat partyjnej polityki. Niestety takie zastosowanie języka to nasz występek powszedni. Często wręcz nieświadomy. W ten sposób komunikujemy się wielokrotnie w rodzinie, w domu, w pracy, w Kościele, w sferze publicznej. Kieruje nami ciągły przymus określenia swojego miejsca w hierarchii. Często, paradoksalnie, jest to wynik braku pewności siebie, braku bezpieczeństwa.
Język służy też nam nieraz do „wykrywania” swoich i obcych. Użycie tego samego kodu kulturowego i znajomość środowiskowych idiomów to metody budowania przynależności do grupy, do plemienia. W czasach lęku i niepewności ten regres do plemienności jest reakcją poniekąd naturalną (ale też prymitywną, raczej instynktowną). To w pewnym sensie odrzucenie kultury na rzecz natury. Chowamy się w grupie osób myślących i mówiących tak samo, bo zdaje nam się, że w ławicy będzie bezpieczniej.
W pewnym sensie jest to zachowanie naturalne i instynktowne. Owszem, można się tak tłumaczyć, ale nie zmienia to faktu, że to jest swoisty regres do plemienności, zwycięstwo natury nad kulturą. Kilka lat po zakończeniu II wojny światowej Erich Fromm pisał, że jeśli ludzkość ma przetrwać, to braterstwo musi zwyciężyć nad „kazirodczą plemiennością”. Chodzi tu o braterstwo w najgłębszym sensie chrześcijańskim, ale także po prostu w znaczeniu humanistycznym (te dwa wymiary nie pozostają w sprzeczności). Braterstwo, o którym tu mowa, nie jest oparte na krwi, krewniactwie, ziomkostwie.
Warto wiedzieć, że ewolucyjnie bynajmniej nie jesteśmy zaprogramowani na egoizm – raczej jesteśmy zaprogramowani na stado. Naturalnie odnajdujemy się (ale może też gubimy) w relacji ja–my. Znacznie trudniej nam zbudować relację my–oni. To wymaga pracy, porzucenia starych nawyków, może nawet nawrócenia. Uważam, że tu zresztą – dokładnie w tym miejscu, na tej granicy – kończy się Stary Testament i zaczyna Nowy…
Cały czas są wokół nas słowa. Wypowiadamy je, czytamy, piszemy, ale ciągle czegoś brakuje. Ten potok nuży, męczy, zamula. Musimy szukać czegoś coraz bardziej wyrazistego, ostrzejszego, mocniejszego (żeby w ogóle poczuć smak), a i tak czujemy, że to, co do nas dociera, i to, co sami mówimy, to jakieś puste kalorie, pozór, wata, paplanie, gadanie o niczym, zaledwie dźwięki. Wymiana uprzejmości lub ciosów, a nie sensów…
Na własne życzenie jesteśmy przebodźcowani olbrzymią ilością słów, komunikatów, „ćwierknięć” – ale wszystkie one nie są w stanie oszukać głodu czegoś autentycznego, głębszego, międzyludzkiego, analogowego, empatycznego, uważnego, troskliwego. Brakuje nam tych cennych „organicznych składników”, które tak trudno znaleźć w prefabrykowanych produktach, które codziennie przyjmujemy w olbrzymich i szkodliwych dawkach.
No cóż – może tych wartościowych składników nie da się po prostu produkować i sprzedawać na masową skalę? Może żeby pomidor był smaczny, trzeba go pielęgnować na własnym parapecie? Może nawet na koniec nie być najsmaczniejszy, ale dla nas będzie cenny – bo jego koszt to nie pieniądze, lecz coś dużo bardziej wartościowego: nasza uważność, czas, staranie.
Dialog to wymiana. Zakłada uznanie prawomocności istnienia drugiego podmiotu – różnego od nas samych. Jeśli ten warunek nie jest spełniony, to może się okazać, że choć wypowiadamy słowa i choć coś nam odpowiada – to jest to… echo. Gadanie w komorze echa przez jakiś czas może nawet być komfortowe. Wszak nie przysporzy nam dyskomfortu polegającego na sprzeciwie, zresztą w ogóle nas raczej nie zaskoczy… Na dłuższą jednak metę życie w takiej komorze okazuje się błahe, nudne i, co oczywiste, oddalone od innych oraz od rzeczywistości. To świat samopodtrzymujących się banałów, kolektywnej ignorancji, homogenizacji. To forma bolesnego solipsyzmu – zaprzeczanie istnieniu innych, bycie ze sobą przed lustrem. Nie wiadomo, czy gorzej być w tym stanie (i o tym nie wiedzieć), czy ryzykować opuszczenie go i podróż na własną rękę (szukanie, ciekawość innych, autentyzm).
Załóżmy jednak, że napotykamy osobę o istotnie odmiennych poglądach (choćby po prostu dlatego, że nie możemy jej ominąć, „zbanować”, zablokować, bo np. jest to ktoś najbliższy albo razem pracujemy). Skoro już się spotkaliśmy, niekoniecznie od razu rodzi się dialog. Stosujemy różne strategie. Czasem po prostu unikamy tematów, które mogłyby nas poróżnić. Czasem (co też wymaga wysiłku) milczymy na ten sam temat. Bywa, zresztą, że ta strategia jest lepsza niż pseudodialog czy dialog, który „wymknie się” regułom i tylko pogorszy sprawę… Ten rodzaj zaniechania jest jedną z najczęstszych figur unikania problemów. Często płacimy cenę unikania rozmowy kosztem relacji. Czasem bowiem nie da się bezwzględnie walczyć o swoją rację, nie dewastując relacji. Trzeba wybrać, co jest dla nas ważniejsze.
Odmienny wariant odpowiedzi na obecność innego to komunikacyjne starcie. To ulubione rozwiązanie tych, którzy mają potrzebę walki, zwyciężania lub nawracania innych. Oczywiście istnieją adekwatne do tego formy – w szczególności propaganda, ale też formy bardziej subtelne, np. debata, która z zasady ma rywalizacyjny charakter (często ma też w związku z tym audytorium i czasem jurorów). Tak rozumiana debata najczęściej nie ma wiele wspólnego z dialogiem. Erystyczne chwyty pozwalają wygrać z przeciwnikiem, ale niekoniecznie skomunikować się z nim.
Dialog polega na wzajemności i ciekawości siebie nawzajem. Na uznaniu odrębności rozmówcy. Z tego powodu ważniejsza zatem jest umiejętność słuchania niż mówienia. Kto nie jest zdolny do słuchania, nie jest zdolny do dialogowania. To rodzaj kłopotliwej impotencji. Mowa to jeszcze nie rozmowa.
Widzimy to każdego dnia w telewizyjnych dyskusjach politycznych. One z zasady mają charakter konfrontacyjny. Wystarczy posadzić adwersarzy naprzeciwko siebie i dalej „dzieje się samo”. Ileż to razy słyszeliśmy: „Ja panu/pani nie przerywałem”… Znacznie rzadziej: „Pan/pani mnie nie słucha”. Reguła nieprzerywania ma zapobiegać kolizji monologów, a nie służyć rozmowie.
Taka pseudopublicystyka nawiązuje do sportów walki (to raczej zapasy lub boks, bynajmniej nie szachy czy floret). Ciekawe zresztą, że sport (podobnie jak parlamentaryzm) miał być jedną ze zbawiennych form „zrytualizowanej (zastępczej) wewnątrzgatunkowej agresji”. Swego czasu Konrad Lorenz uznał ją za warunek przetrwania gatunku ludzkiego. Dzięki takim praktykom nie musimy prześladować każdego, kto jest inny od nas samych (zamiast tego możemy zagrać z nim w gałę).
Coś się jednak popsuło. Obecnie coraz częściej i sport, i parlamentaryzm już nie zastępują agresji, lecz ją nakręcają. Widzowie i aktorzy (rywale) pozostają w toksycznej relacji. Jedni i drudzy nie potrafią oddzielić areny od tego, co dzieje się poza nią. Zaciera się fakt bycia „chwilowym” zawodnikiem czy kibicem. Po meczu czy po programie sportowcy i widzowie nie chcą przebierać się w szatni ani zostawiać tam rękawic czy szalików. Nie ściągają ich już nigdy… W ten sposób konkurent staje się wrogiem. Paradoksalnie, dzięki temu wiem już, kim jestem. Uff, co za ulga! Jesteśmy uratowani… I zgubieni zarazem.
Niestety coraz częściej łączy nas bardziej to, kogo razem się obawiamy czy nienawidzimy, niż to, w co wspólnie wierzymy i czego wspólnie pragniemy. Inny jest obcym, a obcy jest wrogiem. Wróg jest figurą, która buduje naszą tożsamość. Carl Schmitt – intelektualny patron kilku pokoleń politycznych doradców i ich mocodawców – napisał: „Pokaż mi swojego wroga, a powiem, kim jesteś”. Czytać Schmitta mogę z ciekawością, ale ćwiczę w sobie odporność na tę ponurą, pesymistyczną antropologię, która ma usprawiedliwiać przemoc, dominację, obsesję decyzjonizmu (wbrew imposybilizmowi), czcić wolę polityczną ponad instytucjami normatywnymi (prawo, konstytucja, dobry obyczaj). Brzmi to znajomo, prawda? Tak, tak, ten słownik jest w politycznym użyciu od prawie 100 lat i zebrał już nie raz swoje ponure żniwo.
Jak wybrnąć z tych pułapek? Jak wejść w dialog i trwać w dialogu? Przypominam sobie, że przecież jestem rzemieślnikiem. Zatem na koniec: rady praktyczne – jak dla uczestników warsztatów o dialogu. Można je wydrukować i zawiesić w domu na drzwiach lodówki. Przydadzą się do praktykowania dialogu w „podstawowej komórce społecznej”.
• Staraj się nie zatrzasnąć wyłącznie w gronie tych, którzy myślą tak samo – to wygodne, ale nudne.
• W rozmowie mów od siebie i szczerze (w swoim imieniu) – nie staraj się mówić w imieniu innych.
• Nie zakładaj, że znasz z góry intencje rozmówcy – staraj się je pojąć, mogą cię zaskoczyć.
• Nie staraj się zawsze przekonywać do swoich racji – raczej staraj się poznać racje tego, z kim rozmawiasz.
• Nie mów za dużo – raczej słuchaj. Dopuść sytuację, w której w ogóle nie mówisz.
• Pamiętaj, że często ważniejsze od słów są emocje. One są ważne, nawet jeśli twój rozmówca nie umie ich wyrazić. Być może umiesz sprawniej używać słów, ale to nie znaczy, że masz rację.
• Nie oceniaj (to łatwe) – staraj się zrozumieć (to trudniejsze, ale ważniejsze).
• Nie zacieraj różnic – są ważne i uszanuj je. Nie buduj na siłę porozumienia, tam gdzie nie może go być. Prawda nie leży „pośrodku”. Naucz się żyć z tym, że możecie się różnić. To często bogactwo, a nie problem.
• Pomimo różnic – staraj się jednak poszukiwać tego, co wspólne. Lista spraw wspólnych jest znacznie dłuższa, niż przypuszczasz. Jeśli sięgniesz naprawdę głęboko, dotrzesz do wspólnych korzeni – w szczególności do wspólnych nam wszystkim potrzeb.
• Doceniaj małe gesty. Na początek zamiast drętwego, bezosobowego „Do widzenia” staraj się na pożegnanie mówić: „Dobrego dnia!” – reakcje cię zadziwią.

 

Jakub Wygnański – ur. 1964, socjolog, współtwórca i działacz wielu organizacji pozarządowych. Obecnie prezes fundacji Pracownia Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”. Członek komisji rewizyjnej Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie. Autor licznych publikacji i wystąpień na temat budowania społeczeństwa obywatelskiego, znaczenia „trzeciego sektora” oraz roli organizacji pozarządowych i wolontariatu. Laureat wielu wyróżnień, m.in. Nagrody im. Andrzeja Bączkowskiego, Nagrody Totus i Nagrody im. Ks. Józefa Tischnera. Mieszka w Warszawie.
 

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.