Jesień 2022, nr 3

Zamów

Pojednanie jest możliwe. Trzeba przestać inność nienawidzić. 90 lat abp. Alfonsa Nossola

Abp Alfons Nossol. Fot. Adam Walanus / adamwalanus.pl

Abp Alfons Nossol często podkreśla, że region Śląska Opolskiego jest miejscem „pojednanej różnorodności”, wzajemnego szacunku i tolerancji. Droga do pojednania nie była usłana różami. Na ścianie kurii pojawiały się w latach 90. napisy „Nossol do Berlina”.

Kiedy skończyła się II wojna światowa, 9-letnia Stasia Cieślówna – z rozkazu zwycięskich mocarstw, by ująć to ogólnie – musiała z rodzicami opuścić rodzinny Stanisławów (dziś Iwano-Frankiwsk na Ukrainie). Wszyscy ładowali się do pociągu, a ona – niesforna, wesoła – pobiegła za swoim kotkiem i o mało nie spóźniła się na skład wywożący repatriantów (ściślej – ekspatriantów) z miasta. Pojechali na zachód, jedną ze stacji postoju był Kędzierzyn. Tam rodzina Stasi wysiadła. I osiadła.

Parę miesięcy wcześniej 5-letnia Rosemarie Siegmund z wioski Rheinschdorf koło obecnego Kędzierzyna-Koźla opuszczała rodzinne strony razem z mamą i dwoma młodszymi siostrami oraz innymi mieszkańcami Śląska, uciekając do Bawarii przed nadchodzącą armią radziecką. Tam, w wiosce Zusmarshausen, mama Rosemarie urodziła syna, który zmarł po 9 dniach. Rok później wrócili do wioski, która już nosiła polską nazwę: Reńska Wieś.

Właśnie zaczynał się tworzyć zupełnie nowy Śląsk.

Kluczowa zmiana

Nigdy wcześniej – choć historia w tym regionie do najspokojniejszych przecież nie należy, od rywalizacji celtycko-germańskiej przed ponad 2000 lat począwszy – nie doszło do tak ogromnych, wręcz ekstremalnych zmian ludnościowych. Do 1950 roku ok. trzy miliony jego przedwojennych mieszkańców wyjechało – na jałtańsko-poczdamski „rozkaz mocarstw” – do Niemiec zachodnich oraz wschodnich. Na Górnym Śląsku zostało ok. 800 tysięcy dawnych mieszkańców, na Dolnym – ok. 70 tysięcy. W tym samym czasie przybyło tu w wyniku wysiedlenia i wypędzenia z Kresów ok. 760 tysięcy osób, a z terenów Polski centralnej ponad milion.

To punkt zwrotny i kluczowy dla procesów zachodzących na Śląsku po wojnie. Miały one inny charakter na Dolnym Śląsku (po wojnie zostało tam ledwie kilka procent dawnych mieszkańców) niż na Górnym Śląsku. Konieczne jest tu jeszcze jedno uściślenie: Górny Śląsk to od strony historycznej i geograficznej nie tylko – jak się często sądzi – województwo śląskie, ale także opolskie. Po uzyskaniu niepodległości przez Polskę wzmogły się istniejące już wcześniej dążenia do włączenia Górnego Śląska do Polski. Po Powstaniach Śląskich wschodnia część Górnego Śląska stała się częścią Polski (to teren dzisiejszej archidiecezji katowickiej). Po stronie niemieckiej zostaje – z grubsza biorąc – teren dzisiejszej diecezji opolskiej i gliwickiej (wówczas archidiecezja wrocławska) oraz oczywiście cały Dolny Śląsk, gdzie plebiscytu nie było. Po podziale Śląska na niemiecki i polski sto tysięcy ludzi migrowało z Niemiec do Polski, sto tysięcy w odwrotnym kierunku.

Na skutek „opustoszenia” Dolnego Śląska po II wojnie ciekawszym polem obserwacji spotkania ludności miejscowej i napływającej z Kresów oraz innych części Polski jest zachodnia część Górnego Śląska – nazywana Śląskiem Opolskim bądź Opolszczyzną. Tu bowiem skupiają się kwestie tak zasadnicze, jak właściwe rozumienie poczucia tożsamości narodowej i etnicznej; wyczulenie na proces pojednania i stosunki polsko-niemieckie oraz na zagrożenie nacjonalizmem; zrozumienie i szacunek dla inności czy fundamentalne poczucie braterstwa i jedności w Kościele…

Jest człowiek, bez którego te procesy trudno sobie nawet wyobrazić – to abp Alfons Nossol, emerytowany biskup opolski. W styczniu 1945 roku – kiedy Armia Czerwona nadciągała na niemiecki Śląsk – miał dwanaście lat i chodził z proboszczem po kolędzie w rodzinnej parafii Brożec.

Ustrzec się nienawiści

Dwa, może trzy miesiące później przeżył coś, co głęboko nim wstrząsnęło i stało się początkiem drogi do kapłaństwa. Tak o tym opowiadał w wywiadzie rzece „Miałem szczęście w miłości”: „Jeden z kolegów poskarżył Rosjanom, że jego trzej inni koledzy należeli do Hitlerjugend. To miała być taka mała zemsta, bo kiedyś ci chłopcy zabrali mu piłkę. Pewnie myślał, że Rosjanie im po prostu złoją skórę. A oni kazali tym dzieciom wykopać sobie groby. Chłopcy mieli po 12, 13 lat. Pamiętam jak dziś, to byli bracia Erich i Jorg Suchy oraz Walter Badura. Kiedy już wykopali te doły, musieli nad nimi stanąć… Potem padły strzały… To nami strasznie wstrząsnęło, wszystko nabrało innego wymiaru…” (ten i kolejne cytaty pochodzą z książki: „Miałem szczęście w miłości”, z abp. Alfonsem Nossolem rozmawiają Krzysztof Zyzik i Krzysztof Ogiolda, Opole 2007).

W życiu abp Nossola odbijają się indywidualne losy wielu Ślązaków. Przeżył wiele, pewnie więcej niż inni

Andrzej Kerner

Udostępnij cytat

Księdza niemieckiego już we wsi nie było, polski jeszcze nie dojechał. Zrozpaczone matki chłopców poprosiły ministranta Alfonsa, żeby pochować ich ciała. Nocą wydobyli je i przenieśli na cmentarz. Młodzieniec Nossol, znający na pamięć łaciński rytuał pogrzebu, odmówił modlitwy nad grobami kolegów.

Ustrzegł się jednak nienawiści do Rosjan. Wspominał, że jako dziecko poznał ich z dobrej strony. Grupa rosyjskich jeńców pracowała w kopalni Bytom pod kierunkiem ojca Alfonsa. Mama Nossolowa przygotowywała im chleb moczony w maśle z margaryną, a oni robili dzieciom Nossolów zabawki.

Alfons nie relatywizował winy niemieckiej. „Dziękowałem Bogu, że my ostatecznie przeżyliśmy. Wiele rodzin w Polsce i w Europie, które zetknęły się z armią niemiecką, nie miało tego szczęścia” – mówił we wspomnianej książce opolskim dziennikarzom Krzysztofowi Ogioldzie i Krzysztofowi Zyzikowi. Postawę nieideologizowania stosunków między ludźmi wyniósł z domu. Nikt z rodziny – zarówno w czasach faszyzmu jak i komunizmu – nie należał do partii. „Mama nauczyła nas, że nie liczy się narodowość, tylko człowiek. To mnie ustawiło na całe życie. Niektórzy Ślązacy mieli mi już po wojnie za złe, że przyjaźniłem się z repatriantami. Zarzucali mi nawet zdradę” – mówił. Mama kazała też dzieciom w czasie wojny nosić chleb jeńcom żydowskim, którzy budowali drogę w Brożcu. Dziecięce przeżycia tego czasu i późniejsze doświadczenie śląskiego styku kultur i narodów ukształtowały w Alfonsie Nossolu niezwykłą otwartość na innych.

Zaowocowała ona – obok współgrającego z nią talentu teologicznego – wybitnymi osiągnięciami na polu ekumenicznym. Już jako duchowny przez wiele lat był członkiem Papieskiej Rady ds. Jedności Chrześcijan, współprzewodniczącym i członkiem komisji mieszanych ds. dialogu katolicko-prawosławnego i katolicko-luterańskiego. Jako przedstawiciel strony katolickiej brał udział w ustalaniu w Kamieniu Śląskim ostatecznej wersji katolicko-luterańskiej Wspólnej Deklaracji o Usprawiedliwieniu (1999), będącej największym dokonaniem na polu dialogu między tymi wyznaniami. Jako glossę – wręcz zabawną, ale znamienną – warto tu dodać, że początkowo obie strony trzymały się na dystans i przełamać lody pomogła dopiero wspólna radość podczas… ucztowania i zabawy w Brożcu. Pojednanie Ślązaków i Kresowiaków, Polaków i Niemców – konia z rzędem temu, kto rozstrzygnie, czy w ważniejsze to, czy ekumenia – stało się dla Nossola zadaniem wręcz naturalnym, oczywistym zwłaszcza od momentu, gdy został biskupem opolskim. Od czego zresztą – on, profesor KUL – próbował się wywinąć, ale kard. Wyszyński przekonał go do zmiany zdania, argumentując, że odmowa równałaby się z brakiem posłuszeństwa papieżowi.

Stłumiona tożsamość

W życiu abp Nossola odbijają się indywidualne losy wielu Ślązaków. Przeżył wiele, pewnie więcej niż inni. We wspomnianej książce mówił: „Kiedy zapisywałem się na studia w Lublinie, na dźwięk nazwiska Nossol jedna z pań zapytała: «A ksiądz jest Polakiem czy Ślązakiem?». Powiedziałem jej, że jestem katolikiem. Tłumaczyłem jej: Proszę pani, u nas na Opolszczyźnie, jak jakiegoś Ślązaka dorwą w państwowym urzędzie, to zanim go załatwią, każą mu składać narodowe i polityczne wyznanie wiary. A pani na katolickiej uczelni – jak ubek – pyta mnie, w jakiej koszuli chodzę. Przecież skoro mieszkam i pracuję w Polsce, muszę być Polakiem, nikim innym”.

W latach komunizmu pochodzenie ze Śląska było po prostu podejrzane. Dotyczyło to zarówno Ślązaków, którzy jasno określali się (oczywiście nie w sposób publiczny) jako Niemcy, jak i tych, których tylko „zdradzała mowa” – śląska gwara. A przecież rodowici Ślązacy – odmawiający dość często wyraźnych afiliacji narodowych – czuli się jednocześnie i Polakami, i Ślązakami o korzeniach niemieckich. A zdarzało się przecież, że te korzenie – jak to w życiu! – bywały poplątane. PRL dla tych subtelności nie miał żadnej wyrozumiałości. Nawet mówienie gwarą śląską było piętnowane. Sam pamiętam takie sytuacje jeszcze z połowy lat 80. ze szkoły w Długomiłowicach k. Kędzierzyna-Koźla, w której uczyłem.

Co równie istotne, ekspresji własnej tożsamości historyczno-kulturowej była przecież pozbawiona także społeczność Kresowiaków. Któż mógł w czasie PRL publicznie opowiadać o dawnym kształcie II Rzeczypospolitej, o rzezi wołyńskiej, o Katyniu, o zsyłkach na Sybir, o tragicznych losach rodzin z powodu prześladowań sowieckich? Być może dlatego – jak często podkreśla abp Nossol – rodowici Ślązacy i Kresowiacy potrafili dość szybko znaleźć nić porozumienia. Nieco gorzej było z przybyłymi na Śląsk Opolski mieszkańcami Polski centralnej. U sąsiadów Nossolów mieszkali repatrianci z Wołynia, którzy na wojnie stracili dzieci. „Tam była babcia, która opowiadała mi wiele i barwnie o Kresach. Modliła się z pięknego, oprawionego w kość słoniową modlitewnika po ukraińsku. Zachęcała, bym i ja swojego języka serca się nie wyrzekał” – wspominał arcybiskup. Byłby to jednak obrazek zbyt sielankowy, gdyby nie dodać następnej anegdoty. Najmłodszy syn Nossolów jako jedyny w rodzinie nie znał polskiego. Po wojnie rodzina nie wypuszczała go na ulicę, „bo przez jego niemiecką mowę mogliby nam odebrać nasz stosunkowo nowy dom i przekazać repatriantom”. Pewnego dnia, kiedy byli w domu sami, Alfons musiał iść do sklepu, więc w desperacji przywiązał brata do nogi stołu, by nie wyszedł na dwór…

Kiedy upadał PRL, rosły nadzieje Ślązaków i śląskich Niemców na to, że odzyskają prawo do własnej narracji historycznej i do własnego języka. Pierwsza Msza Święta oficjalnie sprawowana w języku niemieckim w sanktuarium na Górze świętej Anny przypadła w niedzielę symboliczną – 4 czerwca 1989 r. Polska głosowała za odrzuceniem systemu komunistycznego, a u św. Anny ludzie płakali, mogąc śpiewać po niemiecku. – To Msza w „języku serca” – podkreślał setki razy biskup opolski Alfons Nossol. Sam wspominał, że w gimnazjum musiał spowiadać się po polsku i przychodziło mu to z wielkim trudem. Dopiero znający doskonale język niemiecki ksiądz ze Lwowa pozwolił mu spowiadać się po niemiecku.

Kolega ks. Nossola z KUL powiedział mu kiedyś: „Wiesz, byłbyś wspaniałym człowiekiem, gdybyś jeszcze nie był Ślązakiem”

Andrzej Kerner

Udostępnij cytat

Czym jest język serca, przekonał się na lekcjach matematyki. Przy tablicy zadania liczył cicho po niemiecku, a wynik podawał głośno po polsku. Matematyczka to zrozumiała, bo jej babcia modliła się i liczyła po ukraińsku… Abp Nossol – znany z dystansu do siebie i wyrozumiałego podejścia do spraw tego świata – dodaje czasami, że język serca to również ten, w którym przeklinamy. Dopiero wolna Polska dała możliwość wypowiadania siebie w języku, który jest najbliższy sercu. Owszem, mniejszości narodowe – w tym niemiecka – nie stanowią w Polsce bardzo liczebnej grupy, ale przecież właśnie dlatego ta wolność ma dla nich znaczenie zasadnicze. Daje wewnętrzny, swobodny oddech. Państwo, które ją respektuje, może być z tego powodu dumne.

Pojednywanie różnorodności: czy to się udało?

Abp Nossol często podkreśla, że region Śląska Opolskiego jest miejscem „pojednanej różnorodności”, wzajemnego szacunku i tolerancji. „Śląsk jest piękną krainą kresową, peryferyjną. Mnie niosła zawsze w górę wyniesiona stąd otwartość na innych. Ponieważ na Śląsku, zwłaszcza Śląsku Opolskim, stykają się kultury różnych narodów, nauczyliśmy się je syntetyzować, osłabiając ich charakter etniczny i narodowy” – mówił. Najpełniej ta pojednana różnorodność ukazała się, kiedy mieszkańcy regionu solidarnie – Kresowiacy, Ślązacy, Niemcy, słowem wszyscy – stanęli w obronie województwa opolskiego podczas reformy administracyjnej. Argument wyjątkowości i różnorodności etnicznej Opolskiego odgrywał wtedy dużą rolę.

Droga do pojednania nie była usłana różami. Na ścianie kurii pojawiały się w latach 90. napisy „Nossol do Berlina”, były pogróżki listowne. Jednak to nie Berlin był kierunkiem wybranym przez ordynariusza opolskiego, ale Krzyżowa, gdzie w czasie wojny działał ruch antyhitlerowski, a 45 lat później odbyła się słynna Msza pojednania, podczas której znak pokoju przekazali sobie premier Mazowiecki i kanclerz Kohl. Tę Mszę odprawiał właśnie bp Nossol i to on postawił kwestię znaku pokoju na ostrzu noża, kiedy „jacyś panowie” – prawdopodobnie ubecy jeszcze od Kiszczaka – nie chcieli się na niego zgodzić.

Arcybiskup nie jest łatwym optymistą. „Nie wolno nam tracić świadomości, że w tych sprawach rany ledwo się zabliźniły i najmniejsze zadrapnięcie znów prowadzi do krwawienia” – mówił. Gorzko brzmią jego słowa wypowiedziane w kontekście lokalnych sporów: „Niestety, nie umieliśmy zaakceptować śląskiego poszanowania dla inności, chociaż teoretycznie wszyscy u nas o tym mówią. Słyszymy ciągle deklaracje, że jesteśmy razem, że nie ma podziałów. Ale niech ktoś spróbuje wyraźniej zaakcentować swoją specyfikę. Zaraz na niego naskoczą. Mówimy o pojednanej różnorodności, ale często czyny temu przeczą. Dla wielu regionalnych polityków, tak z większości, jak z mniejszości, inność jest ciągle obcością. To jest mój wielki zawód”.

Polityczne zmiany ostatnich lat bynajmniej nie poprawiły sytuacji na Śląsku. Pomijając nawet napięte stosunki polsko-niemieckie czy atmosferę pobłażliwości dla wybryków nacjonalistów, sprawa powiększenia Opola kosztem ościennych gmin, zamieszkałych głównie przez Ślązaków i mniejszość niemiecką, stawia trudne pytania o przyszłość. Czy zostaną podjęte kolejne kroki polityczne, które kwestie tożsamości będą traktowały z administracyjną arogancją? Zdaje się chwilami, że los Śląska i jego mieszkańców już zawsze będzie chwiejny, niepewny, bez gwarancji stabilizacji. Chyba że politycy państwowi zrozumieją, że w tym regionie właśnie różnorodność jest wartością dodaną i na różne sposoby profitującą! Ta różnorodność jest towarem bardzo kruchym, a napór państwowego molocha dążącego do wtłoczenia Śląska w jeden sposób samorozumienia będzie dla niej zabójczy. Wpłynie również – co oczywiste – na relacje polsko-niemieckie.

Koniec, das Ende. Nie trzeba wiele?

Kolega ks. Nossola z KUL powiedział mu kiedyś: „Wiesz, byłbyś wspaniałym człowiekiem, gdybyś jeszcze nie był Ślązakiem”. Wtedy ks. Nossol odpowiedział mu: „Wtedy nie byłbym wspaniały, tylko taki jak ty”. Po trzech tygodniach milczenia kolega się zreflektował i przeprosił. „Poradziłem mu, żeby przestał inność nienawidzić. To całkiem wystarczy”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Sam wiem, że codzienne obcowanie z innością bywa trudne. Jestem najstarszym synem Rosemarie Siegmund. Córką Stasi Cieślównej ze Stanisławowa jest Jola, moja żona. Jesteśmy małżeństwem od 32 lat. Nawet przy niekiedy bolesnej świadomości odrębności kulturowej miłość jest możliwa.

Pojednanie i współistnienie ludzi przynależących do różnych grup etnicznych i narodowych, wyznających inne religie czy wywodzących się z różnych kręgów kulturowych również jest możliwe. Potrzeba jednak – jak lapidarnie ujął to abp. Nossol – żeby przestać inność nienawidzić. To całkiem wystarczy – tylko tyle i aż tyle.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź”, jesień 2018 pod tytułem „Śląski borderline”

Podziel się

5
1
Wiadomość

Komentarze (3)

Cytuję :”czy ekumenia – stało się dla Nossola zadaniem wręcz naturalnym, oczywistym zwłaszcza od momentu, gdy został biskupem opolskim. Od czego zresztą – on, profesor KUL – próbował się wywinąć, ale kard. Wyszyński przekonał go do zmiany zdania, argumentując, że odmowa równałaby się z brakiem posłuszeństwa papieżowi.” Moje pytanie: czy Arcybiskup i Biskup to to samo?

KS. Nossol został biskupem opolskim. Opole jest stolicą diecezji. Co do zasady arcybiskup to biskup stojący na czele archidiecezji (zazwyczaj stolicę metropolii kościelnych) . Papież niektórym biskupo, którzy nie stoją na czele archidiecezji przyznaje tytuł arcybiskupa ad personam. Tak jest właśnie z abp. A. Nossoleem; podobnie jak abp. Józefem, licznymi arcybiskupami kurialnymi w Stolicy Apostolskiej czy nuncjuszami. Każdy arcybiskup jest biskupem. Odwrotnie- nie

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.