Jesień 2020, nr 3

Zamów

Polscy wierzący poganie. Ratzinger czytany po 60 latach

Kardynał Joseph Ratzinger, 2001 r. Fot. Manfredo Ferrari / Wikipedia

Warto przeczytać tekst Josepha Ratzingera raz jeszcze – 60 lat później, w Polsce. Może otworzy on jakieś nowe drzwi naszej duszpasterskiej świadomości?

W roku 1958 młody niemiecki ksiądz – Joseph Ratzinger, późniejszy papież Benedykt XVI – w artykule „Die neuen Heiden und die Kirche” [Neopoganie i Kościół] dokonał bolesnej diagnozy niemieckiego Kościoła w przededniu wielkich, kulturowych przemian, jakie miały nastąpić w latach 60. XX wieku[1]. Zobaczył to, czego inni jeszcze nie widzieli bądź nie chcieli zobaczyć.

Prorocy mają to do siebie, że dostrzegają prawie niewidoczne rysy zbliżających się głębokich pęknięć i ruchów tektonicznych, które radykalnie zmienią krajobraz. Ale mają do siebie także to, że najczęściej są nielubiani i odrzucani. Zasada Nemo propheta in patria sua – „Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju” (por. Mt 13,57) – sprawdziła się także i w tym przypadku. Ratzinger przyznaje bowiem po latach, że reakcje na jego publikację były „ogólnie bardzo negatywne”, „nastąpiło trzęsienie ziemi”. Mówiono nawet, że napisał „coś heretyckiego”[2]. Pojawiły się nawet wątpliwości, czy powinien zostać profesorem na uniwersytecie w Bonn, mimo że posiadał już nominację profesorską.

Sam Ratzinger w opublikowanym tekście nie widział nic niepokojącego czy niebezpiecznego. Po latach przyzna: „Dziwne, ale jeszcze dzisiaj muszę stwierdzić, że nie miałem pojęcia, co mogło wzbudzić aż takie poruszenie”[3]. To poruszenie było w pewnym sensie zrozumiałe. Oto młody początkujący teolog miał odwagę poddać krytyce dotychczasowy sposób funkcjonowania Kościoła w świecie.

Późniejszy papież napisał ten tekst – jak sam mówił – na podstawie doświadczenia pracy parafialnej, a przecież pracował tylko rok jako wikariusz w Bogenhausen bezpośrednio po święceniach (1951 r.). Ten rok mu wystarczył, aby skonfrontować świat, z którego wyszedł, ze światem, w którym przyszło mu pracować. To zderzenie musiało być bardzo silne, skoro dał mu wyraz w tak radykalnym tekście.

Warto przeczytać ten tekst raz jeszcze – 60 lat później, w Polsce. Może otworzy on jakieś nowe drzwi naszej duszpasterskiej świadomości?

Drenaż w sercu Kościoła

Punktem wyjścia dla rozważań Ratzingera jest początek Kościoła w jego historycznym ujęciu, „kiedy to doszło do powstania Kościoła z pogan, którzy stali się chrześcijanami”. Pierwotnie Kościół „zasadzał się na fundamencie duchowej decyzji jednostki wybierającej wiarę, na akcie nawrócenia”. Nikt nie rodził się w chrześcijańskiej rodzinie, bo – co oczywiste – takich jeszcze nie było.

Głoszący Ewangelię młody Kościół spotykał pogan, którzy – podejmując decyzję o nawróceniu – musieli porzucić świat starych bogów, aby przyjąć chrzest w imię Jezusa Chrystusa. Rodzący się w ten sposób Kościół „pozostawał wspólnotą przekonanych, osób, które wzięły na siebie określoną duchową decyzję i tym odróżniały się od innych, którzy z jej podjęcia zrezygnowali”. Członkiem Kościoła nie można było się stać inaczej jak tylko przez osobistą decyzję potwierdzoną chrztem, a sami chrześcijanie długo pozostawali mniejszością w pogańskim świecie.

Według Ratzingera radykalna zmiana paradygmatu przynależności do Kościoła nastąpiła w średniowieczu. Autor nie używa pojęcia christianitas na określenie średniowiecznego stosunku Kościoła do świata – owej symbiozy, jaka istniała wówczas między religią a życiem politycznym, społecznym i kulturowym – lecz to ma zapewne na myśli, pisząc, że w tym okresie „Kościół i świat stały się tożsame”. Przynależność do Kościoła nie była już skutkiem osobistego wyboru, „bycie chrześcijaninem przestało być właściwie własnym stanowiskiem”, stając się „raczej polityczno-kulturową wytyczną”.


[1] J. Ratzinger, Die neuen Heiden und die Kirche, „Hochland”, Oktober 1958. Tłumaczenie polskie: J. Ratzinger, „Neopoganie i Kościół, w: „Ostatnie rozmowy. Z Benedyktem XVI rozmawia P. Seewald”, Kraków 2016, s. 297–307. Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie cytaty pochodzą z tego artykułu.
[2] „Ostatnie rozmowy. Z Benedyktem XVI rozmawia P. Seewald”, dz. cyt., s. 112.
[3] Tamże, s. 113.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, wiosna 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, wiosna 2018

Kwartalnik WIĘŹ, nr 1/2018

Podziel się

Wiadomość

Komentarze (0)

Piszę to pod przemożnym wrażeniem demonstracji odbywających się teraz w Polsce gdzie demonstranci dewastują kościoły naruszają sferę sacrum podczas sprawowanych mszy świętych czy profanują pomniki Jana PawlaII.Naocznie widzę jak drży w posadach i prawdobodobnie runie Kościół ktory znałem dotychczas.Aroganckich i butnych hierarchów zamiatających pod dywan wszystkie świństwa kleru jak choćby współpraca z komunistyczną bezpieką czy skandale obyczajowe.Znikną pełne faryzeuszy kurie które doprowadziły do zniszczenia wiary w takim człowieku jak Tomasz Węcławski.Nie wiem czy do ewangelizowania nadają się te tłuszcze przewalające się przez ulice polskich miast i miasteczek epatujące wulgaryzmami wołające chcemy Barabasza za nic majace Dekalog szczególnie przykazanie „nie zabijaj’.Pod hordami tych współczesnych Hunów prędzej czy później runie zmurszałą konstrukcja obecnego w Polsce Kościoła Rzymsko-Katolickiego .Ostaną się nieliczne i niewielkie diaspory tych którzy będą uważać Jezusa Chrystusa za Mesjasza i Zbawiciela,będą przestrzegać Dekalogu a inspiracją dla nich bedzie Kazanie na Górze z ośmioma błogosławieństwami

Proszę osobiście wyjść i z bliska zobaczyć te protesty, bo Pana ocena, jak rozumiem wynikająca z przekazów z drugiej ręki: mediów „żartobliwie nazywanych publicznymi” i radio-ma-ryjnych, jest dalece nieprawdziwa. Dziwi jednak Pana, praktykującegokatolika, pogarda i niechęć do drugiego człowieka, tu: młodej dziewczyny, Polki. Czyżby ukryty mizoginizm ?

Bardzo dziękuję. Łatwiej teraz będzie mi poukładać sobie myśli i przedefiniować oczekiwania. Koniec z oczekiwaniem, że biskupi coś powinni. To ja muszę coś zrobić

Podzielam myśli zawarte w artykule oraz opinię zawartą w komentarzu leosta. Smuci mnie schyłek kościoła jaki znamy i tempo w jakim następuje. Zarazem przeraża mnie skala barbarzyństwa, chamstwa, wulgarności, egoizmu i podatności na manipulację znacznej części uczestników manifestacji, abstrahując od ich racji. Szczególnie młodych kobiet, których kobiecość ustępuje agresji dotychczas. przypisywanej raczej mężczyznom. Zastanawiam się na kogo wychowają swoje dzieci.

Z tego komentarza wynika, że agresja i chamstwo jest tolerowane u mężczyzn, tak jak tolerowane jest nie płacenie alimentów, odchodzenie od rodzin dla łatwego życia, alkoholizm. Obarcza się winą kobiety, a nie mówi o grzechach ojców zabijających swoje, już narodzone dzieci, do tego często wspierani przez swoje katolickie matki. Tak, w polskim kościele widzę głównie tradycję, nie Wiarę.

Czas pokazuje, że aby ocalić wiarę nie wolno iść drogą Kościoła niemieckiego. Nie wolno dogadzać gustom świata za cenę wyparcia się prawdy. Trzeba głosić Chrystusa takiego jakim jest bez oglądania się na krytykę. Wymagać najpierw od siebie, oczyścić „wnętrze kielicha”. Trzymać wysokie standardy Ewangeliib i nie uznawać w tej sprawie żadnego kompromisu. Odrzucić błędy posoborowej reformy. Przywrócić cześć dla Najświętszego Sakramentu, rozwijać pobożność Maryjną. Krótko mówiąc, Kościół musi być sobą tak wewnątrz jak i na zewnątrz. I tyle.

Nigdy nie rozumiałam i nie rozumiem wspólnoty naszego Kościoła. Próbowałam znaleźć w neokatechumenat ale tam też najczęściej wierni martwią się tylko o siębie i swoich bliskich. Wspólna przynależność do Stołu Pańskiego nie czyni ludzi związanych ze sobą. Każdy idzie w swoją stronę po Eucharystii i tyle życia wspólnotowego.

Lena, Mariusz wy, chyba, czytaliście inny artykuł. To, co się działo 60 lat temu w Niemczech, ze zdwojoną siłą unaocznia się u nas. Czasu i zmian kulturowych nie zatrzymamy. Wyzwaniem jest nie patrzenie wstecz, ale do przodu. Zamykanie się i chęć zatrzymania czasu, to nie droga do poprawy.

Artykuł średni, dlatego, że przegadany. Więcej autora niż Ratzingera. Tym grzeszą wszystkie popularyzacje i interpretacje Geniuszu Benedykta XVI. /Prof Ratzingera, poczynając od ks Szymika. Niech mówi Ratzinger, potrzeba cytowania Jego zbawiennych diagnoz i prognoz. Wiele art pisanych o mądrości Kardynala to popisy erudycji autorów. Miast ukazać Przyjaciela Bozego i Proroka ściszają jego głos.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.