Lato 2021, nr 2

Zamów

Smakowite życie Anki

Anka Kowalska, Folklor tamtych lat, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2011, 240 s.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Niech się pokaże piękna brunetka. Ostra uroda podkreślona makijażem. Czerń i czerwień. Ale ta czerń jak węgiel tylko tu i ówdzie, i tylko dla podkreślenia konturów – czerń z nazwy raczej niż koloru, bliższa czarnej kawy. To było chyba to. No i czerwień. Ale też tylko tu i ówdzie czerwień szminki. Bo jak gdyby więcej w tej czerwieni czerwonego wina, a przede wszystkim krwi, niby niewidocznej, a obecnej w ciele. Trudno było nie poczuć na odległość. Kobieta. Do tej czerni i czerwieni, do tej kawy, wina, krwi trzeba jeszcze tylko wlać łyżkę miodu (uwaga: nie przesłodzić!), dosypać szczyptę afrodyzjaku i macie żywą Ankę Kowalską. Ach, zapomniałem o włosach. Dużo ich, czarne i ważne. Wiedziałem, że napisała Pestkę. I że jest z PAX-u. Znałem ją tylko z widzenia.
Tak było do pierwszej połowy lat 70., gdy pewnego dnia odbierałem płaszcz z jakiejś szatni. Może w teatrze, może w kawiarni, już nie wiem. Miałbym w dzisiejszym społeczeństwie informacyjnym pamiętać tak zamierzchłe i dziwaczne czasy? Lata 70.? Pamiętam tylko szatnię, bez daty i dokładniejszej lokalizacji. Jednak musiało się to zdarzyć na początku tamtej dekady, gdy zorganizowana opozycja demokratyczna, jak w drugiej połowie lat 70., jeszcze nie istniała. Były spontaniczne przedsięwzięcia małych grupek, najczęściej pisarzy, na przykład interwencja u ministra sprawiedliwości PRL w sprawie skazanych członków „Ruchu”, m.in. Stefana Niesiołowskiego i Andrzeja Czumy – kto by się wtedy spodziewał – przyszłych ministrów. W interwencji na ich rzecz brałem udział. Mogło o nią chodzić także brunetce przy szatni, a może o jakiś inny wypadek, list, petycję, głos – nie mam pojęcia.
Tak czy owak, odbierałem swój płaszcz. Już mam go w rękach, próbuję na siebie włożyć, gdy podchodzi piękna brunetka. Idzie prosto do mnie.
– Jestem Anka Kowalska – mówi, patrząc mi w oczy. Mówi słowami, ale wzrokiem dodaje, że wie o tym czymś, czego ja po wielu latach nie potrafię sobie przypomnieć. Wtedy jednak potrafiłem. Ona to wie i sprzyja temu. – Proszę o mnie pamiętać – już kończy rozmowę, bierze swój płaszcz, odchodzi.
Taki był początek naszej osobistej znajomości – jednak zaraz urwanej, bez kontynuacji, zapewne dlatego, że na dość długo wyjechałem z Polski. Spotkaliśmy się dopiero w podróży pociągiem do Radomia na proces po wydarzeniach czerwcowych w roku 1976. Mieliśmy swoją demonstracyjną obecnością wesprzeć sądzonego robotnika. Anka z ramienia KOR-u, w którym już działała, ja jako niezależny obserwator. W sądzie zaatakowała nas wrzaskliwa bojówka współpracująca najwyraźniej ze Służbą Bezpieczeństwa. Zostaliśmy obrzuceni obelgami i jajkami. Anką to wstrząsnęło. W przyszłości będzie to nieraz wspominać i wkrótce opisze. Mimo wszystko udało nam się wtedy wejść na salę sądową. Po dziwnej rozprawie wracaliśmy razem do Warszawy w odzieży zbryzganej żółtkami. Chyba odprowadzałem ją do domu. Pamiętam, jak się żegnamy, a ja mówię, że teraz będzie się można umyć i oczyścić nasze stroje z zaschłej jajecznicy.
Folklor tamtych lat – tytuł książki Anki o KOR-ze nie podoba mi się, bo pomniejsza znaczenie spraw, których dotyczy. Folklor kojarzymy ze zwyczajami ludowymi, z samorodną twórczością artystyczną, od niedawna także z amatorską polityką, często śmieszną, bo dotyczącą niewielkich grupek. Być może coś z amatorstwa i komizmu było w działaniach KOR-u, organizacji zaiste maleńkiej, ale wyjątkowo poważnej, o pierwszorzędnym znaczeniu w historii. Dlatego czuję opór przed wydobywaniem cech folklorystycznych KOR-u jako głównych. Gdyby nawet uznać ten tytuł za ogólne odniesienie do „tamtych lat” PRL, niekoniecznie do samego KOR-u, to treść książki, ton, w jakim Anka Kowalska opowiada o PRL, nie uzasadnia takiej frywolności. Muszę jednak dodać, że Folklor tamtych lat jest tytułem trzech esejów zamieszczonych za życia autorki w paryskiej „Kulturze” i „Zeszytach Historycznych”. One stanowią trzon książki wydanej przez Bibliotekę „Więzi”. Chyba więc Anka Kowalska tak chciała.
A jak autorka widziała PRL za czasów Gierka? Zauważała: „Jeśli nie wyrywają paznokci, nie strzelają dokoła, to młody człowiek przystosowuje się do takiego życia i ono mu smakuje, bo samo życie jest smakowite”. Ze zdania tego przebija mądra empatia: zrozumienie powodów społecznej, bynajmniej nie osobistej, aprobaty dla Gierka, względnej, bo względnej, ale opartej na fundamentalnym elemencie ludzkiej natury. Człowiek chce cieszyć się życiem, gdy choć trochę mu pozwolą. Kilka stron dalej pisała: „W tym samym roku Herbert dostał nagrodę… i tańczyłam z nim…”. Dopowiem: w tym samym roku Herbert, być może, inspirował jakiś protest, a ja i Anka spotkaliśmy się przy szatni w teatrze, kawiarni albo związku literatów. W Ance już był pomysł na zmianę smakowitego i zarazem doskwierającego życia na życie buntowniczki. Czułem to. Paznokci nie wyrywali, ale…
Kilka lat później okładali pałkami robotników radomskich. Jednocześnie w Polsce działali Jacek Kuroń, Jan Józef Lipski, Mirek Chojecki i inni. Dali się znaleźć Ance Kowalskiej albo sami się przy niej znaleźli. Była powieściopisarką. Przyjęli ją do KOR-u i kazali spisywać dokumentację prześladowań, żeby mieć, jak by dziś powiedziano, bazę danych i materiał do publikacji w biuletynach. Anka wykonywała powierzone jej zadanie nadzwyczaj skrupulatnie, pracowicie, w nieustannym poczuciu zagrożenia rewizją, aresztem lub utratą bezcennych danych.
Była jednak powieściopisarką, toteż procesy radomskie, zatrzymania, przesłuchania, wszelkie epizody i zjawiska represyjne opisywała w sposób literacki, z właściwym sobie temperamentem, umiejętnością zauważenia szczegółu i zmysłową ekspresją. Przy okazji, prawdopodobnie w stanie wojennym, stworzyła sugestywne portrety osób zaangażowanych w ruch opozycyjny. Oprócz trzech wyżej wymienionych postaci także profesora Edwarda Lipińskiego, Zofii Romaszewskiej, Józefa Rybickiego, Adama Michnika, Anieli Steinsbergowej – wszystkich nie wyliczę. Każda sylwetka, również ludzi mniej znanych, jest pełnokrwista, zobaczona od strony psychologicznej i cielesnej, niekiedy z uwzględnieniem skłonności erotycznych mężczyzn, co nam przypomina, że dokumentalistką była piękna brunetka, autorka Pestki. Już nie redaktorka PAX-u, skąd ją wyrzucili.
Życie codzienne wspólnoty KOR-owskiej toczyło się inaczej. Po śmierci Stanisława Pyjasa wspólnota odbywała spotkanie w czyimś, oddanym jej na ten cel mieszkaniu. Anka notowała: „Nie znalazłam cukru w pustej kuchence. Gorzką herbatę piliśmy w trzech szklankach czy kubkach jak ze wspólnych misek”.
Czytam Folklor tamtych lat w roku 2012 i co mnie uderza? W epoce absolutnego cynizmu, która tymczasem nastała, czytam książkę idealistki, czytam o nie tak znowu odległej przeszłości, która przecież i we mnie żyje, a wydaje się prehistoryczna. Ogarnia mnie zdumienie, że taka autorka istniała. Szlachetna i rzetelna. Katoliczka. Z tego gatunku katolików, u których katolicyzm nie polega na tropieniu grzeszności nielubianych osób, by je publicznie oszkalować, ale na możliwym przestrzeganiu przez siebie Dziesięciu Przykazań (w sprawie katolicyzmu będę musiał zajrzeć do Pestki, żeby zrozumieć książkę o KOR-ze).
Rzetelność – pomyślałem po staroświecku i nawet się rozrzewniłem. Ale co to znaczy? Dlaczego mi coś takiego przychodzi do głowy? Czy książka złożona z tekstów pisanych w celu politycznym, bo na użytek KOR-u, monotematyczna, rejestrująca fakty naruszania praw człowieka przez władze PRL, rejestrująca fakty i wrażenia autorki, z dodanymi na koniec poezjami, też zaangażowanymi – czy taka książka nie jest stronnicza? Jest! Powiedziałbym nawet, że jest zapalczywa, jednostronnie egzaltowana, kipi namiętnościami, niekiedy przejaskrawia i przesadza. A zarazem jest wiarygodna.
Dlaczego? Bo nie mówi tonem typowym dla późniejszego sprawozdawcy historii najnowszej. W takich sprawozdaniach wyczuwałem przeważnie lekki dąs na historię za to, że przebiegła w sposób niezupełnie odpowiadający sprawozdawcom. Kazała na przykład spełnić pewne historyczne uczynki osobom nie dość sympatycznym, gdy powinna była taktownie a szczodrze obdzielić nimi postaci sympatyczniejsze. Jak więc troszkę nie zignorować książki Anki, tu i ówdzie odrobinkę nie poprawić? Jak się w ogóle na nią po cichu nie zżymać i jeszcze nie dać tego po sobie poznać? Stąd się brał ów nieco fałszywy, półgębkowy ton, który często wyczuwałem. Do tego tonu przez dwadzieścia lat z górą przywykłem i odruchowo na niego czekałem, skoro mowa o KOR-ze. To był odruch bezwarunkowy. KOR? Tu musi nastąpić dąs. Co z tego, że autorka jest współtwórczynią KOR-u! Może będzie się dąsać sama na siebie? Czy raczej znajdzie w KOR-ze jakąś jego gorszą część, na którą się podąsa, oszczędzając drugą, lepszą?
Nic takiego nie zrobiła. W ogóle rozróżnianie spraw i ludzi ze względu na konflikty ideologiczne i polityczne, które nastąpią kiedyś, nic jej nie obchodzi. Nie wie o nich i nie czuje potrzeby interesowania się przyszłymi preferencjami zamiast krzyczącą rzeczywistością. Toteż czytając Folklor tamtych lat, zdumiony, odnajduję siebie, raz jeszcze w autentycznym świecie czasów Gierka. W świecie, jaki przeżyłem, a nie w tym poprawionym, urojonym, różnie udoskonalanym lub demonizowanym, absurdalnie karykaturowanym (stale tylko ten ocet na półkach), o jakim dowiadywałem się z późniejszej legendy, zresztą bardzo rozmaitej, niekiedy pochwalnej, przepełnionej nostalgią za utraconym rajem dobrobytu, lecz zawsze stereotypowej. Ale to nie jest jedyne zdumienie czytelnika Folkloru tamtych lat. Podział na przeciwstawne obozy „ich” i „nas”, natężenie ówczesnego antagonizmu politycznego w odczuciu i świadectwie zapalczywej przecież bojowniczki, zaangażowanej w walkę z ustrojem, wydaje się mniej ostre i mniej bezwzględne niż to po transformacji ustrojowej z nowym podziałem na „my” i „oni”. Jak to możliwe, skoro wtedy była dyktatura, bezkarna policja polityczna na usługach władzy, sądy na usługach rządzącej partii, cenzura, a obca armia strzegła tego stanu rzeczy? Wydaje się rzeczą oczywistą, że z antagonizmami powinno być na odwrót, niż wyszło.
Czytelnik Anki Kowalskiej dożył roku 2012 w Polsce demokratycznej. Co ze smakowitością życia w tych nowych czasach? Co z folklorem nowych lat, gdy jednak nie chodzi już o wyrywanie paznokci, lecz na przykład o refundację leków czy ustalenie poziomu wieku emerytalnego? „Oni”, zbrodniarze, chcą „nas” poddać „eutanazji”, czyli po prostu zgładzić, by ułatwić sobie rządzenie. Tak brzmi folklor językowy nowych czasów, nie wspominając już o języku skrajnej nienawiści w dyskusjach związanych z katastrofą smoleńską. Wtedy nie mówiliśmy takim językiem, nawet gdy nas internowano w stanie wojennym. Pletliśmy wiele głupstw, ale nie zarzucaliśmy władzy komunistycznej, że chce nas zabić, żeby wygodniej było rządzić. Przy okazji reformy wieku emerytalnego ludzie zaczęli to mówić bez jakichkolwiek zahamowań. Rozłam po katastrofie smoleńskiej prawdopodobnie sprawił, że nauczyli się łatwości takiego mówienia.
Anka Kowalska, mimo swej stronniczości i życia w warunkach wojennych notowała fakty, nie domysły, rejestrowała skandaliczne praktyki władz PRL, nie domniemane intencje i podłe motywacje. Nigdy nie twierdziła, że PRL-owskie gwałty i bezprawia dzieją się dlatego, że sprawcy nie są patriotami czy prawdziwymi Polakami, że działają z inspiracji szefów na Kremlu itd., chociaż miałaby w takich oskarżeniach więcej racji niż my po trzydziestu iluś latach, bełkocący coś w niecenzurowanych mediach, w internecie, w parlamencie lub w potocznej gadaninie po domach, ulicach, podwórzach i przygodnych piwiarniach.
A Pestka? Zacytuję: „To banał: być czyimś słońcem. I deszczem. Wiatrem. Latem. Chmurą i ptakiem. Lądem, wodą, miejscem na stopę. W literaturze to się nazywa banał”. I jeszcze: „Agata, krzyczałam, zmiłuj się, nie mieszaj Boga do niedochowanej w małżeństwie wierności, do cudzołóstwa”. Pestka to trochę antypowieść lat 60., romans dramatyczny i bardzo kobiecy, ale jeszcze przedfeministyczny. O kobietach, jakie ja w młodości znałem, z mentalnością, która nie rozgospodarowała się jeszcze w sferze męskiej. Jest oczywiście w powieści mężczyzna, bohater romansu, jednak próba mentalnej identyfikacji z nim, zwłaszcza w przeżywaniu erotyki i seksualności, wydawała mi się, gdy czytałem, ujęciem kobiecym.
A sama pestka w Pestce – co to takiego? Pestka to jest „to, w co nie przestajemy wierzyć”, twardy rdzeń moralny. Trzeba było mieć w sobie pestkę, żeby wstąpić do KOR-u.
Anka musiała być przekonana, że Pestka pozostanie najlepszą książką jej życia, a sfilmowanie tej powieści największym sukcesem zawodowym. Nie zapomnę, jak na spotkaniu przyjaciół w domu Mariana Brandysa mówiła nam, podniecona i promienna, o właśnie rozpoczętym kręceniu filmu przez Krystynę Jandę. Spotkania przyjaciół po śmierci Haliny Mikołajskiej, żony pisarza, organizował regularnie z początkiem lat 90., dla podtrzymania wdowca na duchu, Jurek Markuszewski. Anka przychodziła na te podwieczorki, brunetka niezmiennie piękna w swojej czerni i czerwieni. Chrupaliśmy krakersy, piliśmy kawę albo herbatę, czasem jakieś frymuśne alkohole, nalewki i wina, które ktoś przyniósł. Czyżby życie stało się znów smakowite?
Tak, jeszcze smakowite, ale już niedługo. Anka chorowała ciężko i przewlekle, aż w roku 2008 umarła. Nie zdążyła się dowiedzieć, że dziełem jej życia nie będzie wcale Pestka. Będzie nim Folklor tamtych lat.

Jacek Bocheński

 

Jacek Bocheński – ur. 1926 r. we Lwowie. Prozaik, eseista i publicysta, a także tłumacz literatury niemieckiej i rzymskiej; debiutował w 1949 r. zbiorem opowiadań Fiołki przynoszą nieszczęście. Począwszy od lat 70., znalazł się w gronie rodzącej się opozycji demokratycznej. Brał czynny udział w akcjach protestacyjnych, był współzałożycielem i redaktorem naczelnym „Zapisu” – czasopisma ukazującego się w Polsce od 1977 r. poza cenzurą. Działalność opozycyjna pociągnęła za sobą m.in. zakaz druku. Publikował również pod pseudonimami Adam Hosper i Teodor Ursyn. W latach 1997-1999 prezes Polskiego PEN Clubu. Wydał m.in.: Pożegnanie z panną Syngilu albo słoń a sprawa polska, Boski Juliusz. Zapiski antykwariusza, Nazo, Stan po zapaści (w obiegu nieoficjalnym). Mieszka w Warszawie.

 

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.