Jesień 2020, nr 3

Zamów

Nasz niedoskonały ekumenizm

Z niedowierzaniem i sprzeciwem św. Jan Chrzciciel zwraca się do Zbawiciela w dzisiejszej Ewangelii słowami: „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie? Rozumie bowiem, że zachwiana tam została hierarchia godności. To czysty ma oczyszczać skalanych: Stwórca winien odnawiać stworzenie – a nie na odwrót. Mesjasz winien chrzcić proroka, a nie człowiek Boga.
Podobnie powinno dzisiaj wyglądać głoszenie kazania w tej historycznej świątyni. Ja powinienem słuchać, a nie przemawiać. Cóż bowiem mogę powiedzieć o tym wielkim dniu sprzed 50 lat? Nie było mnie jeszcze wśród żywych. Jak mogę oceniać wydarzenie, którego nie doświadczyłem. Jeśli nawet wspomnę o ks. Aleksandrze Fedorowiczu, który głosząc wówczas kazanie, wzruszył się tak bardzo, że łzy szczęścia zalały mu twarz, a głos uwiązł w gardle, to nie będę w stanie powiedzieć, przy jakich słowach to nastąpiło. Jeżeli będę chciał zaakcentować, że tamto nabożeństwo 10 stycznia 1962 r. było niejako duchowym wprowadzeniem w dzieło II Soboru Watykańskiego, to nie uczynię tego w należytym stopniu – bo jest to dla mnie jedynie teoria. Cóż właściwie tu robię?

Jedność to nie sielanka

A co robimy tu my wszyscy? Po co się zebraliśmy? Co wspominamy? Narodziny idei, której nie zrealizowaliśmy? Wielkie hasło, któremu nie jesteśmy wierni? Budowanie jedności, której wciąż nie ma?
Ktoś powie, że przecież podpisaliśmy deklarację o wzajemnym uznawaniu chrztu świętego. Ale czy rzeczywiście wszystkie Kościoły i wyznania ją podpisały? Czy przed zawarciem małżeństwa wyznaniowo mieszanego młodzi ludzie w kancelariach parafialnych nie stają przed problemem podpisywania oświadczenia co do chrztu przyszłych dzieci? Ile przykrych słów usłyszy człowiek, który poprosi o metrykę, bo chce zmienić wyznanie, przejść do innego Kościoła, powszechnie nazywanego „bratnim”. O tym, że jedne wyznania mogą dziś liczyć na wsparcie władz, a inne nie, jedne otrzymają wsparcie przy budowie nowych świątyń, a innym rzuca się kłody pod nogi, o nierównym dostępie do mediów, o różnorodności standardów prac komisji majątkowych, bilateralnych i o tysiącu innych faktów podrywających wiarę w jedność i ekumeniczną wspólnotę – nie czas i miejsce tu wspominać.
Jakie więc wielkie wydarzenie dziś świętujemy? Może pięćdziesiątą rocznicę naszej porażki? Może półwiecze klęsk i niepowodzeń? Co właściwie osiągnęliśmy? Dalej jesteśmy przecież podzieleni. Kłócimy się. Niejednokrotnie rywalizujemy. Bardzo rzadko wznosimy się ponad wyznaniowe granice.
Nic więc dziwnego, że młodzi ludzie coraz częściej mówią, że ekumeniczne działania do niczego nie prowadzą. Im taka powykrzywiana jedność do niczego nie jest potrzebna. Jakże często mówią mi: dlaczego nie żyjecie jak pierwsi chrześcijanie? Mienicie się spadkobiercami apostołów, lecz o czym świadczą wasze czyny?
Co im odpowiedzieć? Przyznać się, że błądzimy, że jesteśmy słabi, że tak mało się nam udaje, że ekumeniczne współdziałanie dalekie jest od doskonałości. Tak. To wszystko prawda.
Czy mam powiedzieć, że ideał pierwszej chrześcijańskiej gminy w Jerozolimie jest dla nas nieosiągalny? Nie. Bo go nie było. Ideał to atrybut Boga, a nie człowieka. Kiedy otwieram księgę Dziejów Apostolskich, to czytam w 5. rozdziale o wiernych, którzy sprzedawali swe majątki, by wesprzeć ubogich. Słyszę również o Ananiaszu i Safirze, którzy ubogich chcą wykorzystać do budowania własnej chwały. Widzę też spory w sprawie nierównego obsługiwania wdów po Żydach helleńskich i wybór siedmiu diakonów, którzy mieli zwalczać powyższe nieprawości i separatystyczne tendencje. Dostrzegam teologiczne kontrowersje na Soborze Apostolskim w 51 r. Czytam o kłótniach apostołów Pawła i Barnaby podczas drugiej podróży misyjnej oraz apostołów Piotra i Pawła w Antiochii.
Jeśli sięgam dalej w historię Kościoła, to widzę spory co do daty świętowania Wielkanocy, postrzegania godności chrztu heretyków, miejsca poszczególnych Kościołów lokalnych w dyptykach. Gdy zagłębiam się w sobory powszechne, to trudno mi nie przyznać, że każdy dzień ich obrad nacechowany był zderzeniami różnych poglądów i koncepcji, a ostateczne decyzje zapadały chyba wyłącznie dzięki interwencji Ducha Świętego.

Tamta jedność – tak często stawiana dziś za wzór – nie była więc sielankowym obrazem pełnej jednomyślności i zgodności. Była ciężką pracą, by nie powiedzieć walką, mającą na celu zachowanie wspólnoty różnorodnych i niepowtarzalnych. Była jedną symfonią różnorodnych nut, na różnych polach i liniach tej samej pięciolinii. Ówcześni chrześcijanie dlatego byli jednością, że dążyli do wypracowania wspólnej decyzji zgodnej z Bożą prawdą. Modlili się o nią i dyskutowali o niej. Raz się godzili, innym razem kłócili, a nawet zrywali ze sobą kontakty. Były okresy schizm, były też lata ścisłego współdziałania. Wspólny kielich nie zawsze był faktem.

Dla następnych pokoleń

W świetle powyższego obrazu mam coraz większe przekonanie, że nie jest z nami tak źle. Oni walczyli o jedność chrześcijaństwa i my walczymy. Oni mieli sukcesy i porażki. Podobnie i my.
Gdy na drugim soborze powszechnym w 381 r. opracowano Credo wspólne dla wszystkich dzieci Bożych, było ono podsumowaniem, ukoronowaniem ponad trzech stuleci walki o jedność.
Nasz wysiłek trwa zaledwie 50 lat. Jesteśmy na początku drogi. Nie oczekuje się plonów nazajutrz po siewie. Tym bardziej nie oczekuje się plonów bez siewu. Nie będzie plonów bez siewu.
Oto sens dzisiejszej uroczystości. Wspominamy dziś ludzi, którzy 50 lat temu stanęli na jednej niwie, chwycili w dłonie ziarno słowa Bożego z tej samej Ewangelii i rzucili je w głąb gleby ludzkich serc. Uczynili tak, choć nie mieli żadnego doświadczenia, choć od ostatniego podobnego siewu minęło ponad 900 lat, choć tak wielu mówiło, że to daremny trud, że nie może się udać. Wielu wręcz oskarżało ich i krytykowało. Inni wyśmiewali. A oni postanowili spróbować. Nie wiedzieli, jak daleko mogą się posunąć. Nie chcieli skalać ziarna. Nie chcieli skrzywdzić gleby. Rozumieli, że choć ziarno jest tego samego gatunku, to każda skiba i bruzda jest niepowtarzalna i niezależna. Umieli jednak wznieść się ponad historyczny horyzont i dostrzec, że choć owe skiby nie przecinają się, to jednak stanowią jedno pole. Choć ziarna wzrastać będą oddzielnie, w granicach poszczególnych bruzd, to jednak wzrastać będą dzięki ciepłu jednego słońca i dzięki rosie z tej samej chmury. Jeden też Pan pośle kiedyś żniwiarzy, by tego samego dnia ścieli zboże i związali w jeden snop. Nawet w takiej jedności każdy kłos zachowa coś ze swej indywidualności. Jest jednak nadzieja, może bardzo odległa, że kiedyś z tych kłosów będzie również jeden chleb.
Gdy ojciec sieje zboże, cieszy się, że jego dzieci – nie on sam, a jego dzieci – będą miały co jeść. 50 lat temu cieszono się w tej świątyni, że następne pokolenie zaspokoi swój duchowy głód.
Dlatego to ja głoszę to kazanie. Nie siewca, a ktoś z następnego pokolenia. Ten, kto ma korzystać z siewu dokonanego bez jego udziału. Nie ten, który wykonał pracę – bo nie czynił tego dla zaszczytów i słów uznania – a ten, który ma cieszyć się, dostrzegając rodzące się plony.
Czy cieszą się? Czy miłym w smaku jest mi ten ekumeniczny chleb? Czy realnie odczuwam jedność i braterską miłość?
Już na wstępie powiedziałem, że daleko nam do doskonałości. Ekumenizm to wciąż zadanie. Ziarno dopiero kiełkuje. Jeszcze wiele dni upłynie do chwili, gdy będzie można upiec chleb i położyć go na stół. Dopiero widzimy, jak roślina nabiera kształtów. Wypuszcza pierwsze liście. Pojawiają się pierwsze zawiązki kwiatów, malutkie owoce. Jeszcze tak naprawdę nie wiemy, jakie będą jej losy, a tym bardziej czy przyniesie obfite plony. Nie osądzajmy więc ekumenizmu, bo jeszcze na to za wcześnie. Nie chwali się dnia przed zachodem. Nie ocenia się chleba przed upieczeniem.
Wiemy tylko jedno. Ekumeniczna roślina potrzebuje naszego wsparcia. Nie można jej teraz porzucić. Czynić wicher i niepokój, które ją złamią zawsze jest łatwo. Podtrzymywać ją swą wiarą, ogrzewać miłością, poić nadzieją – jest dużo trudniej.
Powtórzmy już słyszane pytania. Co właściwie ja tu robię? Co robimy tu my wszyscy? Nie świętujemy minionych 50 lat ciężkiej ekumenicznej pracy, a rozpoczynamy kolejne półwiecze nowych wysiłków. Nie chwalimy się tym, co osiągnęliśmy, a rozważamy to, co trzeba jeszcze wykonać w pierwszej kolejności. Sięgamy do przeszłości, by budować przyszłość. Wspominamy sukcesy, by zachęcały nas do dalszego działania. Wspominamy porażki i błędy, by je naprawiać i unikać ich powielania. Szykujemy się do kolejnego siewu. Już dziś go rozpoczynamy. A za kilka lat narodzi się ktoś, kto skomentuje ten dzień za kolejne 50 lat.

Chcecie się zamienić?

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Co odpowiem tym, którzy krytykują naszą ekumenię? Co odpowiem na ich zarzuty, że nie ma dziś pełnego równouprawnienia, miłości absolutnie przekraczającej wyznaniowe i religijne granice? Co odpowiem na przejawy antysemityzmu, rusofobii, nietolerancji?
Nie odpowiem nic. Nie jestem w tych sprawach autorytetem. Żyję w zbyt spokojnych czasach. Zbyt mało doświadczyłem.
Odpowiem: pojedźcie do Oświęcimia i spytajcie się duchów pomordowanych, czy chcieliby w swoich czasach dzisiejszego ekumenizmu. Pojedźcie na Wołyń, Podlasie, Lubelszczyznę i spytajcie się ofiar lat czterdziestych XX wieku, czy zadowoliliby się wówczas dzisiejszym poziomem tolerancji. Spytajcie uczestników Akcji Wisła, czy – gdyby mieli możliwość przenieść dzisiejszy model ludzkiego współistnienia do roku 1947 – nie odmieniłoby to ich losów. Albo spytajcie uczestników godów nocy św. Bartłomieja w XVI wieku. Spytajcie chrześcijan w „wolnym Egipcie”, w Indiach, w krajach czarnej Afryki, w Kosowie – czy narzekaliby, gdyby dano im nasz ekumenizm.
To nie ja, to oni was – krytykujących i wątpiących – pytają: „czy chcecie się z nami zamienić miejscami?”.
Zbyt szybko zapominamy o stosach, wojnach religijnych, rzeziach, deportacjach, krucjatach. Krwawa przeszłość to jeden z wariantów przyszłości, która może nastać, jeśli nie będziemy jej świadomie kreować. Nie krytykować, a kreować. Jeśli nie podoba ci się dzisiejszy ekumenizm, to przyjdź i pokaż, jaki ma być. Rozpoczynamy siew kolejnego pięćdziesięciolecia. To właściwy moment, by jego ster wziąć w swoje ręce. Przyjdź i zmierz się z tym wyzwaniem. Św. Jan Chrzciciel uczynił tak, choć uważał, że nie jest godzien ochrzcić Zbawiciela, że nie potrafi. Stał się Bożym narzędziem objawienia Świętej Trójcy. Niedoskonały objawił Doskonałego.
Pozwólcie więc, że zakończę dzisiejsze rozważania słowami wiary, że i nasz niedoskonały ekumenizm prowadzi do Doskonałego Boga. Nie dlatego, że jest godzien i potrafi, lecz dlatego że Pan nam tak każe. Ekumenizm nie jest bowiem celem samym w sobie, a narzędziem. Jak św. Jan odszedł w cień, gdy pojawił się Chrystus Pan, tak i on zniknie, gdy doskonale zjednoczymy się w Chrystusie. Oby ktoś, kto za 50 lat będzie tu przemawiał, mógł za to podziękować Bogu. Amen.

Ks. Doroteusz Sawicki

Ks. Doroteusz Sawicki – ur. 1969. Duchowny Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, doktor teologii, specjalista w dziedzinie historii Kościoła. Pracownik naukowy Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej i Uniwersytetu w Białymstoku. Członek Komisji Ekumenicznej IX Zjazdu Gnieźnieńskiego.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.