Jesień 2020, nr 3

Zamów

Co wyniosłem z Płocka

Potem przyszła wojna i okupacja – pełna grozy miasta włączonego do Rzeszy. Nie zapomnę nigdy strasznego momentu bezsilności, kiedy z okien szpitala św. Trójcy, w którym wtedy przez pewien czas pracowałem jako goniec, patrzyłem na exodus ludności żydowskiej wyprowadzanej pod eskortą SS-manów. Dokąd – nie wiedzieliśmy. Kobiety miały na rękach płaczące małe dzieci. My nie mogliśmy im nawet podać chleba.
Publiczne stracenie 13 więźniów, uczestników organizacji konspiracyjnej, obserwowałem z okien mieszkania, do którego nas przesiedlono, przy ul. Szerokiej, czyli Kwiatka. Bezsilny, spędzony tłum ludzi i oni przywiezieni w budach. W ostatniej chwili zdołali wykrzyknąć „Niech żyje Polska”. Patrzyłem na tę śmierć i na wywiezienie ich zwłok – celowo umieszczonych na brudnych od gnoju furmankach. Po wojnie wraz z grupą kolegów zainicjowaliśmy pierwsze upamiętnienie tego miejsca. […].
Gdy życie po wojnie zaczęło się odradzać, wróciłem do szkoły, do trzeciej klasy gimnazjum, zaliczając dwa lata konspiracyjnych „kompletów”. Tym razem do Małachowianki. To był najpiękniejszy i najbardziej owocny dla mnie okres. Nie tylko czas przyspieszonej edukacji, lecz i wielu przyjaźni, które przetrwały długo. Byliśmy wtedy w Małachowiance pokoleniem uczniów już dorosłych. Spotkaliśmy wspaniałego człowieka, jakim był dyrektor Tadeusz Synoradzki, który potrafił nas traktować partnersko. Było także wielu innych doskonałych pedagogów i mimo że nasza przyspieszona nauka musiała, siłą rzeczy, pozostawiać luki i niedobory – naddatek tego szczególnego klimatu był bardzo cenny.
W tamtym czasie ukształtowała się także nasza węższa grupa koleżeńska, którą nazywaliśmy „naszą paczką”. Duszą i sercem tej grupy była przede wszystkim Krystyna Kuleszanka, która wróciła z obozu w Ravensbrück. Była z nas najmądrzejsza i najbardziej oczytana. Wprowadziła mnie szeroko w literaturę, gdy została moją pierwszą żoną. Była człowiekiem otwartym, życzliwym światu i pomocnym ludziom, człowiekiem dzielnym, pięknym i mądrym, jakich się rzadko spotyka na swej drodze. Niestety gruźlica stanowiła wtedy chorobę niemal nieuleczalną i po roku naszego małżeństwa Krystyna zmarła.

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 4/2012 (dostępny także w wersji elektronicznej jako e-book)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.