Zima 2020, nr 4

Zamów

(Nie)zwykły ksiądz

Ks. Roman Indrzejczyk na Górze Oliwnej w Jerozolimie. Fot. Ewa Ulikowska-Janecka

W sobotni poranek, 10 kwietnia 2010 r., kilkoro przyjaciół otrzymało sms od ks. Romana Indrzejczyka: „Pozdrawiam z Katynia”. Mieli nadzieję, że może poleciał innym samolotem. Natychmiast dzwonili, chcieli dopytać. Poczta głosowa jego telefonu błyskawicznie się zapełniła.

Obecnie już nie można tam nagrać wiadomości. „Proszę spróbować później” – głosi automatyczny komunikat. Niestety, kapelan prezydenta był w TYM samolocie. Esemesy wysłał tuż przed startem z Warszawy… Dlaczego???

Aby oddać sprawiedliwość ks. Romanowi Indrzejczykowi – temu, jak dobrym był człowiekiem, jak gorliwym chrześcijaninem, jak mądrym księdzem, jak zaangażowanym ekumenistą – trzeba by pół numeru „Tygodnika Powszechnego”. W tym krótkim wspomnieniu nie sposób nawet wymienić wszystkich powodów, dla których warto i trzeba o nim pamiętać.

Był jak Ewangelia: dobry i trudny

Urodził się 14 listopada 1931 r. w Żychlinie. Tam skończył liceum ogólnokształcące. Święcenia kapłańskie przyjął 8 grudnia 1956 r.– z rąk Prymasa Wyszyńskiego, wkrótce po jego uwolnieniu z internowania. Przez ponad 20 lat (1964-1986) był kapelanem szpitala psychiatrycznego w Tworkach i proboszczem tamtejszej parafii św. Edwarda. Po 13 grudnia 1981 r. przestał się golić – jak starotestamentalni prorocy na znak żałoby. Nękany przez Służbę Bezpieczeństwa, odprawiał Msze za Ojczyznę, na które zjeżdżali się ludzie z całej okolicy.

W stanie wojennym ks. Roman przekazał swoją sutannę i dowód osobisty Zbigniewowi Romaszewskiemu, aby działacz opozycji – fizycznie podobny do księdza – mógł w ten sposób ukrywać się przed SB. „To był wielkoduszny gest, ale nigdy z tego nie skorzystałem. Wiedziałem, jak niebezpieczne byłoby to dla księdza, który i tak miał kłopoty z bezpieką” – wspominał później senator Romaszewski.

Od roku 1986 do 2004 ks. Indrzejczyk proboszczował na warszawskim Żoliborzu, w parafii Dzieciątka Jezus. Był także duszpasterzem służby zdrowia, przez kilka lat na szczeblu ogólnopolskim. Był również przewodnikiem górskim, w PRL współtworzył koła PTTK, które służyły jako „przykrywka” dla działalności duszpasterskiej.

W jego żoliborskiej parafii działy się rzeczy niezwykłe – choć ks. Roman cały czas mówił o sobie, że jest zwykłym księdzem, a nawet książka ze wspomnieniami parafian nosi tytuł „Zwyczajna parafia”. Wielkomiejską inteligencką parafię potrafił przemienić we wspólnotę, ponad wszelkimi istniejącymi podziałami.

W ramach Parafialnego Studium Religijno-Społecznego przy parafii Dzieciątka Jezus prowadzono wykłady historyczne oraz wieczory poetycko-muzyczne. Było miejsce dla wszystkich – od Jacka Kuronia i Jana Józefa Lipskiego po braci Kaczyńskich i Strzemboszów, a nawet dużo dalej na prawo. Nic dziwnego, że to w salkach katechetycznych u ks. Indrzejczyka zbierała się komisja krajowa nielegalnej „Solidarności”, a później tam powstawał Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie.

Ks. Roman działał w kręgach ekumenicznych. Był inicjatorem unikalnej współpracy ekumenicznej na poziomie parafii. Co roku, regularnie na Zesłanie Ducha Świętego, do Warszawy przyjeżdżali Holendrzy – ewangelicy reformowani z Hagi. Mieszkali w domach polskich katolików. Rozmowy nie były łatwe, bo sposób myślenia holenderskich protestantów dalece odbiega od polskich katolików, ale ks. Indrzejczyk uważał, że spotkanie z drugim, innym człowiekiem zawsze może być szansą. Sam tak żył. Mówił „Gościowi Niedzielnemu” w 2006 r.: „Mówić to pewno za bardzo nie umiem, ale ludzie twierdzą, że umiem słuchać. Nie zawsze potrafiłem odpowiedzieć. Ale słuchałem. Ludzie odczuwali, że ich szanuję, nawet jeśli coś w życiu poplątali”.

Był członkiem Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, przez pewien czas jej wiceprzewodniczącym. Bez wahania zgodził się, by to w jego kościele odbywały się modlitwy organizowane przez Radę przy okazji żydowskiego święta Simchat Tora. I tak od jesieni 1992 roku w żoliborskim kościele Dzieciątka Jezus chrześcijanie i Żydzi wyrażali swoją radość z Tory, która przecież jest im wspólna. Było tak aż do zmiany proboszcza – potem Rada musiała szukać nowego kościoła na modlitwę…

Gdy w lipcu 2004 r. przestał być proboszczem i przeszedł na emeryturę, mogło się wydawać, że to schyłek jego działalności. Nowo wybrany prezydent Lech Kaczyński zaskoczył jednak Prymasa Polski, prosząc, by to ks. Indrzejczyk (zaprzyjaźniony od lat z rodziną Kaczyńskich) został mianowany jego kapelanem. Nie bez oporów, Prymas Glemp nominację podpisał.

Starannie dobierał słowa, dbając, aby język nie stał się źródłem konfliktu

Do działalności prezydenta – i tak ceniącego tradycje Polski jagiellońskiej – ks. Roman wniósł specyficzny akcent duchowy. Przyczynił się do tego, że Lech Kaczyński zaczął zapraszać chrześcijan różnych wyznań na modlitwy ekumeniczne w prezydenckiej kaplicy. Największym echem odbił się jednak inny nowy zwyczaj: zapraszanie polskich Żydów na spotkanie z okazji święta Chanuki. W oknach Pałacu Prezydenckiego płonęły dzięki temu świece chanukowe (tu trzeba też wymienić wkład min. Ewy Junczyk-Ziomeckiej, później konsula RP w Nowym Jorku). Aż wreszcie Lech Kaczyński stał się pierwszym urzędującym prezydentem Rzeczypospolitej, który złożył wizytę w synagodze. Jego kapelan skromnie powtarzał: „Prezydent jest otwarty i nie chciałbym sobie przypisywać żadnych zasług”.

„Wybierając drogę kapłaństwa, wybierałem równocześnie drogę nauczyciela religii” – pisał kiedyś w „Znaku”. Katechizacja była jego pasją. Nic nie mogło go odciągnąć od kontaktu z młodzieżą, choć jako proboszcz mógł wysyłać do szkoły młodszych księży. Nauczycielem religii w żoliborskiej szkole muzycznej im. Karola Szymanowskiego pozostał także, gdy przestał być proboszczem i gdy został kapelanem prezydenta. Uczył religii nieprzerwanie od roku 1957. Aż do śmierci.

Ksiądz Indrzejczyk słynął z cierpliwości. Buntował się przeciwko złu, strukturom, układom, ale nigdy przeciw człowiekowi. Znał doskonale zło, do jakiego zdolny jest człowiek, ale wierzył, że w głębi serca każdego, prędzej czy później, uda się odnaleźć dobro. Może dlatego był tak cenionym spowiednikiem.

„Był jak Ewangelia: dobry i trudny” – powiedział mi jeden z jego przyjaciół. Sam tak pisał w „Znaku”: „Na pytanie, czy jestem szczęśliwy, odpowiadam: tak, oczywiście, jestem szczęśliwy, co nie oznacza, że zawsze jestem wesoły jak skowronek. Czasami jest mi bardzo trudno. Wielokrotnie jestem zgnębiony, niezadowolony, zmartwiony. Często padam ze zmęczenia, a widzę nieproporcjonalnie małe efekty swej pracy. Zdarza się też, że w moim poświęceniu inni dostrzegają tylko bezsens, albo przewrotność”. Doświadczał także ludzkiej niechęci, a wręcz nienawiści, ale nie było w nim goryczy. Nie mówił źle o innych ludziach.

Całym sobą dążył do pojednania. Przejawiało się to i w sposobie bycia, i w języku. Mówił z rozwagą i spokojem. Dokładnie dobierał słowa, dbając, aby język nie stał się źródłem konfliktu. Jeśli już musiał kogoś skrytykować, zawsze obudowywał tę uwagę mnóstwem zastrzeżeń.

Gdy byliśmy razem na seminarium żydowsko-chrześcijańskim w Jerozolimie, w grudniu 2008 r., przejmująco mówił o szukaniu pojednania. Postanowił przemawiać po angielsku. Czasem wyraźnie brakowało mu słów, ale może – paradoksalnie! – tym wyraźniej zabrzmiało jego przesłanie wyrażone w najprostszych możliwych formułach. Kapelan prezydenta Polski mówił w Instytucie van Leera, tuż obok rezydencji prezydenta Izraela, że Polacy i Żydzi, wyznawcy judaizmu i chrześcijaństwa, nie mają innej drogi niż szukać wzajemnego zrozumienia. A dziś rabin Kronish, nasz izraelski partner, przesłał kondolencje, wspominając pełne mądrości i troski słowa ks. Indrzejczyka.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Pisał wiersze. Może nawet raczej były to medytacje niż wiersze. Zapamiętałem zwłaszcza te jego słowa:

Nie w każdym pociągu powinieneś jechać
Nie w każdym zespole możesz uczestniczyć
Nie we wszystkich sprawach musisz się odzywać
Nie o każdej rzeczy masz swoje mieć zdanie
Opiniować wszystko wcale też nie trzeba
Nie wszystko, co widzisz, musi się podobać
Nie z każdą pomyłką masz polemizować
Przestępstwa nie wszystkie koniecznie masz karać
Ważniejsze jest czasem zwykłe zrozumienie i uśmiech człowieka
Wszak nie wszystko musisz i nie wszystko możesz,
nie wszystko potrzebne…
Umiej się z tym zgodzić.

Często mówił o sobie, że jest zwykłym księdzem, a był niezwykłym. A może taki właśnie powinien być zwyczajny ksiądz? Wspominał, że kiedyś zainspirowały go słowa jednego ze zbuntowanych uczniów: „Nie mówcie nam tyle o świętości. Pokażcie, jak się to robi”. No więc pokazywał…

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.