Jesień 2020, nr 3

Zamów

Bo niebo jest piekłem, a piekło – niebem

Rito,
między nami milion obrazów i ptaków
i tyle spotkań.
Między nią i moimi oczami jest karabin1.

Bejrut 2008

Pamiętacie Liban? Elewacje z ogromnymi billboardami zwrócone w stronę pustej, po detonacji bomby, działki? Kilkanaście dziecięcych twarzy, pogodne i uśmiechnięte maluchy, których już nie ma wśród nas. Bo to całkiem ludzkie, kiedy bojownicy ukrywają się wśród dzieci sąsiadów.

Słowa i śmierć. Obrazy?

Wiadomość: To był spokojny dzień, szabat – wspomina Smadar Haran Kaiser2. Mój mąż Danny i ja zrobiliśmy piknik z naszymi dwiema małymi córeczkami, czteroletnią Einat i dwuletnią Yael. Byliśmy na plaży, niedaleko naszego domu w Nahariji, mieście na północnym wybrzeżu Izraela, około sześciu mil na południe od granicy z Libanem. Około północy, kiedy spaliśmy w naszym mieszkaniu, czterech terrorystów wysłanych przez Abu Abbasa z Libanu wylądowało pontonem na plaży dwa bloki obok nas. Obudziły nas strzały i eksplozje granatów, terroryści wpadli do domu. Wcześniej zabili policjanta. Kiedy sprawdzali piętro ponad naszym mieszkaniem, otworzyłam drzwi. Tamci odwrócili się i zanim na klatce schodowej zgasło światło, zobaczyli mnie. Kiedy odeszli, zbiegła nasza sąsiadka z góry. Złapałam ją, wciągnęłam do naszego mieszkania i zatrzasnęłam drzwi.

Chwilę potem usłyszeliśmy, jak tamci się dobijają. Zdesperowani, szukaliśmy schronienia. Danny pomógł sąsiadce wdrapać się na strych nad naszą sypialnią. Weszłam tam za nią z Yael w ramionach. Danny złapał Einat i rzucił się do drzwi frontowych, aby schronić się w podziemnym schronie. Wtedy terroryści wpadli do mieszkania. Zatrzymali Danny’ego i Einat i szukali mnie z Yael, wiedząc, że jest nas więcej. Nigdy nie zapomnę radości i nienawiści w ich głosach, dumy, że polują na nas, strzelając i rzucając granaty. Wiedziałam, że jeśli Yael krzyknie, terroryści wrzucą granat na strych i zabiją nas. Zatem trzymałam rękę na jej buzi, mając nadzieję, że może oddychać. Kiedy tak leżałam, przypominałam sobie moją matkę, jak opowiadała o chowaniu się przed nazistami w czasach Holokaustu. „To dokładnie tak, jak zdarzyło się mojej matce” myślałam.
Kiedy zaczęła się zjeżdżać policja, terroryści zabrali Danny’ego i Einat na plażę. Tam, zgodnie z relacjami naocznych świadków, jeden z nich zastrzelił Danny’ego na oczach Einat. Jego śmierć była ostatnią rzeczą, którą widziała. Potem roztrzaskał głowę mojej małej córeczki o skałę, uderzając przy tym kolbą karabinu. Tym terrorystą był Samir Kuntar.

Tymczasem zostałyśmy odratowane z naszego strychu. Yael była także martwa. Próbując ratować nas wszystkich, zadusiłam ją.

Następnego dnia Abu Abbas ogłosił z Bejrutu, że terrorystyczny atak w Naharija został przeprowadzony, aby „zaprotestować przeciwko egipsko-izraelskiemu układowi pokojowemu” w Camp David. Może był to prezent dla czarujących dziennikarzy, ale wyobraźcie sobie charakter człowieka, który oprotestowuje akt pokoju poprzez szlachtowanie innych?

Samir Kuntar przychodzi na świat w 1962 roku w miejscowości Abaija nieco ponad dwadzieścia kilometrów od Bejrutu. Kiedy ma trzynaście lat, wybucha libańska wojna domowa. Wojna trwa piętnaście lat. Liban przeżywa kilka interwencji wojskowych ze strony państw arabskich i afrykańskich oraz wspólnoty międzynarodowej. Misje miały sprowadzić pokój, tymczasem kraj pogrąża się w coraz większym chaosie. Także Izrael wysyła do Libanu swoje wojska, pierwszy raz w 1978 roku. Operacje militarne przeprowadza jednak już wcześniej, także rękami swoich libańskich sojuszników, głównie chrześcijańskich milicji.

W 1979 roku siedemnastoletni Samir Kuntar jako jedna z czterech osób dokonuje napadu na Nahariję. Działa z ramienia lewicowego Frontu Wyzwolenia Palestyny operującego z Libanu. W czasie wymiany ognia ze służbami izraelskimi ginie dwóch napastników. Kuntar i Al-Abras dostają się do niewoli. Kuntar zostaje skazany na pięciokrotne dożywocie i dodatkowe czterdzieści dwa lata.

W lipcu 2008 roku, po dwudziestu dziewięciu latach, zostaje wypuszczony na wolność w ramach swoistej wymiany z Hezbollahem. Ciała dwóch izraelskich żołnierzy zostają wydane w zamian za pięciu libańskich więźniów i stu dziewięćdziesięciu dziewięciu poległych Libańczyków i Palestyńczyków.

Wiadomość: Staraliśmy się zmusić ich, aby weszli do łodzi – mówi w wywiadzie telewizyjnym Kuntar. – Nie udało nam się. Ostrzał był za silny. Odpowiedzieliśmy ogniem. Nasza łódź została trafiona. Zostawiliśmy ich za nami, nie zdawaliśmy sobie sprawy, co się tam dzieje. Kule trafiały nas, raniły. W czasie dochodzenia starano się zrobić wszystko, aby przypisać mi odpowiedzialność za to, co się stało. Mimo tego, że raport opublikowany przez gazetę „Maarif” w dzień później, czyli 23 kwietnia 1979 roku, stwierdzał: wydaje się, iż mężczyzna i jego córka zostali zabici przez nasze wojsko w czasie wymiany ognia z terrorystami. Potem zmieniono historię i sfabrykowano inną, którą zaczęto kolportować. Od początku mieliśmy jasne instrukcje: unikać otwartego ognia, wziąć zakładników i uprowadzić ich do Libanu.

Latem 2008 roku Samir Kuntar trafia do Bejrutu. Zostaje przyjęty jak bohater. Wita go maronicki prezydent i sunnicki premier Libanu. Są także biskupi i mułłowie, wielu ważnych duchownych chrześcijan i muzułmanów. Wydaje się, jakby to był jeden z tych nielicznych momentów, kiedy cały kraj, na co dzień tak bardzo podzielony wyznaniowo, jednoczył się, witając Kuntara.

Na wielkim wiecu w Dahije, ubogiej dzielnicy szyitów na południu miasta znajdującej się faktycznie pod władzą Hezbollahu, Kuntar występuje na ogromnym wiecu. Przy okrzykach wiwatującego tłumu wchodzi na podium, wyłamuje atrapy więziennych krat i zaczyna płomienne przemówienie. Kilka przecznic dalej billboard z uśmiechniętymi libańskimi maluchami, których od dwóch lat nie ma już wśród nas.

Poeta Mahmud Darwisz, narodowy wieszcz Palestyńczyków, w jednym ze swoich wierszy opisywał rozmowę z pewnym żołnierzem. Tak w każdym razie każe domyślać się tytuł utworu Żołnierz śniący o białych liliach:

Zapalił papierosa i powiedział,
jak gdyby wybrnąć chciał z krwawego błota:
– Śniłem o białych liliach,
o oliwnej gałązce,
o ptaku, który wita poranek
w pomarańczowym gaju…
– A co ujrzałeś?
– To, co uczyniłem:
krwawe ciernie,
sprawiłem, że wybuchły w piasku, w piersiach i brzuchach
– Ilu zabiłeś?
– Trudno mi wyliczyć,
ale dostałem jeden medal.
Przemogłem się i poprosiłem:
– Opisz mi więc jednego zabitego.

Usiadł wygodniej, bawiąc się zwiniętą gazetą,
i zaczął mówić, jakby śpiewał mi piosenkę:
– Jak namiot zwalił się na piach
i objął roztrzaskane gwiazdy,
miał krwawy wieniec na szerokim czole,
ale medali nie miał.
Nie umiał widać dobrze walczyć.
Był chłopem, robotnikiem, może sklepikarzem.
Jak namiot zwalił się na piach i skonał.
Ramiona miał
długie jak dwa wyschłe potoki,
a gdy szukałem mu w kieszeniach
dowodu tożsamości, znalazłem dwa zdjęcia:
na jednym była jego żona,
na drugim była jego córka.

– Smutno ci było? – zapytałem.
On przerwał mi: – Mahmudzie, przyjacielu,
smutek to biały ptak,
nie zbliża się do pola bitwy, a żołnierze
grzech popełniają, gdy się smucą.
Ja byłem tam maszyną śmierć siejącą śmierć i ogień,
w czarnego ptaka zamieniałem niebo.

Po wymianie więźniów gazety europejskie, a także amerykańskie czy izraelskie pełne są tytułów w rodzaju: „Liban wita mordercę”, „Dzieciobójca – bohaterem narodowym Libanu”. Nierzadko zdjęcie z uroczystości w Dahije opatrzone jest podpisem informującym, jak to wiwatujący tłum w centrum Bejrutu wita bohatera. Mało kto zwraca uwagę, że Kantar został legalnie zwolniony z izraelskiego więzienia. Przez krzyczące tytuły nie przedziera się informacja, że Smadar Haran Kaiser pogodziła się z wymianą więźniów, w której na wolność wypuszczony zostanie zabójca jej męża i dzieci.

Jest jeszcze więcej elementów, które nie wpisują się w proste medialne obrazki. Latem 2008 roku jestem w Bejrucie. Słyszę sztuczne ognie, podobne do tych, którymi wiwatowano z okazji zwycięstwa Hiszpanów nad Niemcami w mistrzostwach Europy w piłce nożnej. Z balkonu widzę ludzi, jak uśmiechają się do siebie. Oficjalnie ogłoszono dzień wolny od pracy. Mój kolega, Pers mieszkający w USA, jest nawet na wiecu w Dahije. Słowa, słowa… Czy potrafię zrozumieć te obrazy?

Dzwonię do mojego znajomego, Gilberta. Umawiamy się na drinka w Gemayzeh, jednej z najchętniej uczęszczanych okolic miasta. Oryginalne wnętrza i doskonała obsługa nagromadzonych jeden przy drugim barów kuszą zagubionego przechodnia. W takich miejscach warto spotykać się z kimś z miejscowych. Każdy Bejrutczyk ma bar, który dla niego jest właśnie tym jedynym. Jeśli robi wyjątek, to kiedy zagraniczny przyjaciel, jak dyletant, nie potrafi oprzeć się konkurencji.

Gilbert wychował się na jednej z sąsiednich przecznic. Zielona linia, oddzielająca walczące ze sobą w czasie wojny domowej części Bejrutu, przebiegała kilkaset metrów od jego kamienicy. Kiedy bawił się na podwórku, widział, jak warty zmieniają się na barykadzie. Po kilku godzinach ludzie, którzy przed chwilą byli częścią morderczej walki, niczym robotnicy w fabryce schodzili ze zmiany i siadali do obiadu w pobliskiej jadłodajni. Śmiano się, rozmawiano, dzieci jak zawsze z fascynacją oglądały stojącą w kącie broń. Czasem któryś z dzielnicowych bohaterów przywiązywał jeńca do samochodu i pędził po ulicy, wlokąc za sobą nieszczęsnego człowieka. Ot, obrazki z dzieciństwa Gilberta.

– Samir Kuntar? A co cię interesuje w tym dzieciobójcy? – kpi ze mnie Gilbert. Gilbert pracuje w libańskich organizacjach pozarządowych. Zajmuje się odbudową struktur społeczeństwa obywatelskiego. Projekty jego organizacji dotyczą libańskich szkół, gdzie na przykład organizuje symulacje wyborów. Jego NGO wspiera także inicjatywy lokalne pod hasłami dialogu i pojednania. Gilbert jest regularnie zapraszany na szkolenia i seminaria finansowane przez Unię Europejską czy organizacje amerykańskie, a nawet żydowskich filantropów w rodzaju Petera Ackermana. Gilbert czyta oczywiście zachodnią prasę. Mimo że jestem długo w Bejrucie, ciągle traktuje mnie jak naiwnego białasa.

– Przecież wiesz – ciągnie – że Kuntar uzyskał korespondencyjnie izraelski licencjat z nauk społecznych. Napisał dwie prace, jedną o Drugiej Wojnie Światowej, drugą o sprzecznościach między izraelską demokracją a ich systemem bezpieczeństwa. Mówi płynnie po hebrajsku i angielsku.

Połowy z tego nie wiem, ale oczywiście nie przyznaję się.

– Jak myślisz – pytam, maskując się – czy Kuntar zmienił się w więzieniu? Czy wierzysz w to, co mówi o przebiegu akcji w Nahariji?

– Mój drogi, czyżbyś podważał ustalenia żydowskiego sądu? – Gilbert upiera się, aby bawić się moim kosztem. – Mnie się pytasz? Zapytaj się twoich mocodawców. Swoim szpiegom z pewnością zdradzają to, co dla zwykłych śmiertelników uchodzi za poufne…

Do tego, że niemal każdy biały uchodzi w Bejrucie za szpiega, zdążyłem się już przyzwyczaić. Jestem szczególnie podejrzany, bo znam arabski. Mimo wszystko staram się ze zrozumieniem traktować ludzi, którzy wiedzą, że zamachy bombowe, łącznie z głośnym morderstwem na byłym premierze Rafiku Haririm w 2005 roku, były możliwe dzięki szpiegom udającym przyjaciół. Słowa, słowa…

Niby nie jestem zaskoczony, ale mam żal do Gilberta, że się nie rozumiemy.

– A nie można z nim porozmawiać? – pytam, aby wybić go z tej przykrej dla mnie maniery.

– Zapytaj swoich druzyjskich przyjaciół – mówi z przekąsem – może oni ci pomogą…

– To Samir Kuntar jest Druzem? – pytam, grzebiąc resztki autorytetu, jaki mam w oczach Gilberta.

– Oczywiście!

Dziś w Gemayzeh dajemy sobie spokój z polityką. W ulubionym barze Gilberta mają doskonałe drinki. Słuchamy chill-outowej muzyki urodziwej libańskiej DJ. Szybko okazuje się, że przy stoliku pod oknem siedzą nasi znajomi. Kilka dni później umawiam się z Sahar. Ta młoda Druzyjka jest libańską dokumentalistką, aktorką i działaczką społeczną.

Tymczasem telewizja nieprzerwanie dostarcza coraz to nowe obrazy. Podsumuję: oto druzyjski bojownik Kuntar, który jako siedemnastoletni członek lewicowego ruchu narodowo-wyzwoleńczego atakuje izraelskich cywilów i policjantów, teraz znowu na wolności przywdziewa mundur konserwatywnego, szyickiego Hezbollahu.

W jednej ze swoich wypowiedzi dla mediów twierdzi, że na Bliskim Wschodzie, jest plaga, która nazywa się państwo Izrael. Mówimy na nie „pasożyt”. Jeśli nie uda nam się skończyć z tą chorobą, będzie się za nami wlokła, dokądkolwiek pójdziemy, choćby na koniec świata. Lepiej po prostu się jej pozbyć.

Tymczasem izraelska gazeta „Haaretz” na dwa tygodnie przed zwolnieniem Kuntara opublikowała rozmowę z jednym z jego towarzyszy z więzienia. Yasser Hanjar, więzień polityczny ze wzgórz Golan, spędził z Kantarem prawie rok w jednej celi. W gazecie wspomina, że dla Samira „walka zbrojna z Izraelem była tym, w co z przekonaniem wierzył i co było jego motywacją do podjęcia ataku w Naharijicie […]. nie miał zamiaru nikogo zabijać, a tylko wziąć zakładników”. Kuntar wierzy, jak twierdzi Yasser, że „ostatecznym celem (walki) jest dialog z Izraelem. Walka zbrojna jest wstępem do takiego dialogu”.

Mahmud Darwisz sam był członkiem Organizacji Wyzwolenia Palestyny w czasie, kiedy OWP miała siedzibę w Bejrucie. Należał, jeśli można tak powiedzieć, do grona jej bardziej radykalnych członków: kiedy Arafat podpisał układ w Oslo, na znak protestu złożył swoje funkcje. W innym fragmencie poematu o śniącym żołnierzu Darwisz tak opisuje stosunek do ojczyzny:

Spytałem go: a ziemia?
Powiedział: nie znam jej
nie czuję, żeby była moją skórą i pulsem
jak piszą w poematach
i nagle ją ujrzałem,
tak jak widzi się sklepik, ulicę i gazety.
– Kochasz ją? – zapytałem.
– Dla mnie miłość to spacerek,
kieliszek wina lub przygoda.
– Umarłbyś za nią?
– Nie!
Wszystko, co wiąże mnie z tą ziemią,
to płomienny artykuł i przemowa.
Nauczyli mnie kochać miłość do niej,
lecz nie poczułem, by jej serce było moim,
nie czułem trawy, korzeni ani gałęzi.
– Więc jakże miłość do niej
kłuć mogła tak jak słońce, jak tęsknota?
Odpowiedział wyzywająco:
– Narzędziem mej miłości jest karabin
i święta, przywrócone spod ruin,
i milczenie dawnego posągu, co zatracił swój czas i tożsamość.

Z Sahar umawiamy się na Hamrze. To jest centralny rejon Bejrutu, w którym nie dominuje żadne ugrupowanie religijne czy polityczne. W maju 2008 roku Hezbollah wysłał tu swoich bojowników, łamiąc niepisaną umowę mówiącą, że w tej dzielnicy nie toczą się walki. Hamra była centrum kulturalnym i handlowym miasta w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Dziś, mimo żywego ruchu, widać, że czasy świetności ma już raczej za sobą.

W Hamrze, w kawiarni T-Marbouta pokazują film So it will only be a memory. Women fighters [To będzie tylko wspomnienie. Kobiety-bojowniczki]. Sahar jest reżyserem tego dokumentu. Bohaterkami są właśnie kobiety walczące w szeregach różnych milicji w czasie wojny domowej. Niektóre z nich są po pokazach gośćmi publiczności. Women fighters widziałem pierwszy raz w Dahije. Wtedy w pokazie udział wzięła bojowniczka chrześcijańskiej falangi Kataib. Tam poznałem Sahar. Projekcję i spotkanie pod hasłem „Dialog” organizował Gilbert.

Z T-Marbouta towarzystwo przenosi się na końcówkę festiwalu teatralnego na American Lebanese University. W samochodzie rozmawiam z Sahar i z jej druzyjską przyjaciółką Riham.

– Jesteśmy dumne z Kuntara – mówią obie z przekonaniem. – Walczył z naszym wrogiem. Gdyby twój kraj zajął nieprzyjaciel, gdyby okupował twoją ziemię, co byś zrobił? Ilu naszych cywilów zginęło w czasie wojny 2006 roku? Ponad tysiąc dwieście! A żydowskich? Nawet nie pięćdziesiąt!

Obie są bardzo rozemocjonowane. Jednak Liban jest wolnym krajem i mówić można tu wszystko. Powiedzmy, prawie wszystko. Najwyżej każdy myśli, że jest się szpiegiem…

– Poczekajcie – próbuję oponować, ostrożnie, bo rodzina Roham pochodzi z południowego Libanu. Do tej pory leżą tam izraelskie miny. Kiedy Izrael atakuje, mieszkańcy południa muszą uciekać w pierwszej kolejności. – Przecież cywile nie musieli ginąć – mówię. – Nikt się nie spieszył z ewakuacją, mimo ostrzeżeń. Zresztą dlaczego bojownicy chowają się w gęsto zamieszkałych rejonach? Czy to jest w porządku?

– W porządku? A co tu jest w porządku? – denerwuje się Sahar. – Czy jeśli jakieś obce państwo zrzuci na twoim terytorium ulotki, że masz czterdzieści osiem godzin na ewakuację, a jak nie, to polecą bomby, to ty się będziesz słuchał? Kto niby wtedy rządzi twoim krajem, twój własny rząd czy twój śmiertelny wróg?

– Zresztą – mówi Riham – nieco więcej czy nieco mniej ofiar nie zmienia postaci rzeczy. To jest wielka niesprawiedliwość, te ataki, to zabijanie… Jakim prawem?! Ewakuacja nie zmienia niesprawiedliwości. Niesprawiedliwość musi zostać wyrównana. Jeśli jesteś na wojnie, chcesz tę wojnę wygrać. Dopiero potem zastanawiasz się nad resztą.

Darwisz, choć opisywał cierpienia Palestyńczyków, znajdował słowa, z którymi utożsamia się wielu Libańczyków. Los ludzi, często politycznych przeciwników, którzy gotowi są siebie nawzajem zabijać, jest tak do siebie podobny, że czasem ogarnia mnie przerażenie:

Nauczyli nas, jak chronić miłość – nienawiścią
i pyłem okrywać świeżość róży,
a głos pulsuje w moim ciele
jak płomienne ptaki.
Nauczyli nas śpiewać
i kochać wszystko, co rośnie na polu,
nawet mrówki i ślady lata na ruinie domu.
Nauczyli nas śpiewać,
lecz my kryjemy naszą dziką miłość,
aby śpiew o Niej nie spowszedniał.

– Dlaczego jednak Kuntar – wracam do swojego pierwotnego tematu – choć jest Druzem, występuje razem z Hezbollahem? Czy on nie odszedł od Waszej wspólnoty? Można z nim jakoś porozmawiać?

– Nie. On jest naszym bohaterem. Przecież został powitany zarówno przez Walida Dżunbulata, jak i przez Talala Arslana.

Większość Druzów w Libanie reprezentuje Postępowa Partia Socjalistyczna na czele z Dżunbulatem. Libańska PPS jest częścią koalicji rządzącej wspólnie z głównymi partiami sunnickimi i chrześcijańskimi. Libańska Partia Demokratyczna Arslana jest natomiast w sojuszu z Hezbollahem i pozostaje w opozycji do rządu. Tymczasem kiedy w czasie zamieszek w maju 2008 roku Hezbollah okrążył i zaatakował dom Dżunbulata, Arslan przyszedł mu z pomocą.

Socjalizm i postęp to słowa dobrze nam znane, słowa, które tutaj znaczą jednak coś innego. Słowa i śmierć. Czy może zwykłe pokrewieństwo, które łączy Dżunbulata i Arslana?

Dobrze pamiętam jedno z przemówień ojca Walida, Kamala. Kamal fascynował się Bergsonem i jego ideą postępu. Chciał założyć partię ponadwyznaniową. Do czasu kiedy został zamordowany w 1977, libańska PPS była taką partią.

Kamal twierdził, że jego partia jest postępowa w tym sensie, że zmiany programu mają odpowiadać zmianom zachodzącym w społeczeństwie. Jeśli zmieniają się ludzie i tym samym zmienia się baza, to partia musi ewoluować wraz z nimi. To właśnie oznacza prawdziwy postęp i socjalizm. Dla Kamala nie było nic bardziej obcego niż ideologia i jej uniwersalistyczne pretensje. Być może Kamal nie przewidział jednak, że „postęp” może pójść w innym kierunku. Pod przywództwem Walida Dżumbulata partia stała się jednym z wyznaniowych ugrupowań Libanu. Jej bojownicy toczyli krwawe walki z dawnymi sojusznikami.

– Porozmawiać z Kuntarem będzie trudno – wyrywa mnie z rozmyślań Riham. – Jeśli chcesz, możemy spotkać się z jednym z najważniejszych druzyjskich myślicieli.

Kilka dni później jadę razem z Riham w góry, do domu Sami Makarem. Sami Makarem wykłada teologię i podstawy wiary w głównym centrum religijnym Druzów w Bejrucie. Na podstawie jego książek powstają na całym świecie rozprawy doktorskie o tej nieco tajemniczej religii.

Nie będąc Druzem, nie mogę pójść na jego wykład do centrum. Nawet gdybym chciał zostać Druzem, nie jest to możliwe. Druzowie wyodrębnili się jako odłam ismailitów w XI wieku, w czasach fatymidzkiego kalifa Al-Hakima w Egipcie. Krótko potem przestano przyjmować nowych wyznawców. Odtąd Druzem trzeba się urodzić.

– Duszę można porównać do znaczenia, a ciało do słowa – tłumaczy doktor Makarem. Siedzimy w patio jego pięknego, siedemnastowiecznego domu w cieniu drzew pomarańczowych. Pijemy mocną kawę, którą gospodarz poczęstował Riham i mnie. Sami Makarem mówi łagodnie, często się uśmiecha, ma w sobie coś z opiekuńczego terapeuty. Jednocześnie ani na moment nie pozostawia wątpliwości, że to, co mówi, jest prawdą, a nie tylko leczniczym wybiegiem słów.

– Zdarza się – ciągnie uczony – że jakieś słowo ginie, a jednak nie ginie jego znaczenie. Przyjmuje natomiast inną postać, postać nowego słowa, tak jak dusza przyjmuje formę nowego ciała. Dusza nie istnieje bez ciała. Oba łącznie określają duchowość jednostki. Ciało jest manifestacją duszy, jest jej medium, tak jak dusza jest, nazwijmy to, tożsamością ciała. To, że nikt nie może stać się Druzem, nie jest zatem żadnym historycznym przypadkiem czy reliktem tradycji. Nie jest też wynikiem jakiegoś zamknięcia społeczności Druzów na nowe czasy czy postęp. Wręcz przeciwnie. Rozwój i duchowa ewolucja są stałym elementem naszej wiary. Bycie Druzem oznacza jednak znajdowanie się od samego początku na pewnym etapie duchowego rozwoju lub, jeśli wolicie, duchowego postępu. W czasach kalifa Al-Hakima była to pewna grupa dusz manifestująca się w pewnej grupie ciał. Te dusze przetrwały do dziś i z konieczności przyjmowały formę ciał, które umożliwiają zachowanie ich duchowej spuścizny.

Jeszcze po drodze na nasze spotkanie rozmawiałem z Riham o tym, że Druzów nie powinno się tak nazywać. Ich prawdziwa nazwa – Muwahidun pochodzi od arabskiego słowa wahid, czyli jeden. Odnosi się do ścisłego monoteizmu Druzów. W ich rozumieniu Bóg nie posiada żadnych atrybutów, jest immanentny i transcendentny zarazem.

Druzów postrzega się niekiedy jako odłam islamu. Koran odgrywa w ich religii kluczową rolę, choć istnieją i inne święte pisma, do których dostęp jest niewtajemniczonym wzbroniony.

– Widziałam w domu te pisma – chwali się Riham, ale nie jest mi w stanie o nich nic powiedzieć. Kobiety, tak samo jak mężczyźni, mogą zostać wtajemniczone, jednak jest to długi proces.

– Są trzy znaczenia pism – tłumaczy doktor Makarem – egzoteryczne, ezoteryczne i anagogiczne. Nic nikomu nie pomoże, jeśli nieprzygotowany przeczyta pisma, bo ich znaczenie nie objawi się przed nim – mówi, jakby wiedział, o czym wcześniej rozmawialiśmy.

Mocna, pachnąca kardamonem kawa zdaje się dodatkowo wyostrzać umysł, który wznosi się wysoko ponad wiszące nad Bejrutem chmury i ciężką, gryzącą mgłę gorącego smogu.

– Może nie jest łatwo to sobie wyobrazić, ale skoro raj jest dla Druzów stanem wiecznej harmonii, stanem utrzymującej się równowagi, to niebo i piekło nie są dwoma różnymi miejscami, ale właśnie jednym i tym samym. Tylko dla tych, którzy nigdy nie osiągnęli stanu równowagi, jest ono piekłem, dla innych jest właśnie rajem. Miejsce pozostaje to samo…

Jedność miejsca, piekło i niebo, które zależą od spojrzenia, i postęp – ale czego: doskonałości? myśli? ideologii? – każą mi wrócić myślą do śniącego żołnierza z wiersza Darwisza. Poeta mówi o nim tak:

Gdy po raz czwarty napełniłem mu kieliszek,
zażartowałem: – Więc wyjedziesz… a ojczyzna?
Powiedział: – Daj mi spokój.
Ja śnię o białych liliach,
rozśpiewanej ulicy, oświetlonym mieszkaniu,
pragnę dobrego serca, a nie kuli do karabinu,
chcę słonecznego dnia, nie chwili zwycięstwa
obłąkanej, morderczej
chcę dziecka, które będzie śmiało się do dnia,
nie armatniego mięsa
na świat przyszedłem, żeby żyć wschodami słońca
a nie jego zachodem.
Pożegnał mnie, bo szuka białych lilii,
ptaka witającego ranek
w pomarańczowym gaju,
a rzeczy pojmuje
tylko tak, jak je czuje i odbiera.
Rozumie – sam powiedział – że ojczyzna
to znaczy pić matczyną kawę
i bezpiecznie powracać wieczorem do domu.

Samir Kuntar znalazł się z powrotem w domu, który opuścił przed trzydziestoma laty. Z kręgów międzynarodowych organizacji pomocy słyszę jednak, że ceną tego powrotu jest to, że Kuntar rzadko rozstaje się ze swoimi nowymi przyjaciółmi. Rozmowa z dziennikarzami możliwa jest tylko pod ich opieką.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Mija czas. Medale wręczają prezydenci Syrii i Iranu. Przez ekrany telewizorów przesuwają się kolejne obrazy. Słowa, słowa i uśmiechnięte maluchy, których nie ma już wśród nas.

Jan Subart

1 Wszystkie cytaty pochodzą z twórczości XX-wiecznego poety Mahmuda Darwisza (przekłady Aleksandry Witkowskiej, Krystyny Skarżyńskiej-Bocheńskiej i Hanny Jankowskiej).
2 Wszystkie „Wiadomości” opierają się na doniesieniach agencji prasowych, publikacjach w mediach i informacjach z oficjalnych stron internetowych.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.