Jesień 2020, nr 3

Zamów

Pan Władysław

Przez parę dziesięcioleci Władysław Bartoszewski jest jedną z bar­wniejszych postaci kręgów warszawskiej inteligencji. Wybitny znawca okupacyjnej konspiracji, warsawianista, kronikarz, bibliofil i bibliograf, profesor KUL i sekretarz generalny PEN-Clubu, niepokorny inteligent, więzień polityczny różnych epok i reżimów, inicjator dialogu polsko-żydowskiego i polsko-niemieckiego. W tej niezwykłej osobowości skupiło się wiele talentów, pasji, bardzo różnych form ekspresji. Ogromnego dorobku twórczego Bartoszewskiego nie da się oddzielić od jego biografii, gdyż przeżycia osobiste były bodźcem do podejmowanych później badań.
Zaczęło się 19 września 1940 roku, kiedy osiemnastoletniego Władka Bartoszewskiego zgarnęła niemiecka policja podczas łapanki na Żoliborzu. W trzy dni później został wysłany do Oświęcimia. Spędził tam ponad pół roku. Zwolniony dzięki interwencji PCK, którego był pracownikiem, wrócił do rodziny w stanie skrajnego wyczerpania. Swojej koleżance Hance Czaki udzielił obszernej relacji o warunkach panujących w obozie. Była ona jednym ze źródeł, na których podstawie Biuro Informacji i Propagandy Komendy Głównej ZWZ-AK przygotowało broszurę „Oświęcim — pamiętnik więźnia”
W 1942 r. spotkał Zofię Kossak, a spotkanie to zaważyło na dalszych jego losach. Jak wspominał później, był jakby sekretarzem znanej pisarki i działaczki konspiracji. Został przez nią wciągnięty do Frontu Odrodzenia Polski, redakcji jej organu prasowego „Prawda” oraz ustanowiony redaktorem „Prawdy Młodych”. Zofia Kossak włączyła Bartoszewskiego do akcji pomocy ukrywającym się Żydom i organizowania Rady Pomocy Żydom. Poprzez nią poznał Witolda Bieńkowskiego, działacza FOP i szarą eminencję w Delegaturze Rządu. Od lutego 1943 r. współpracował blisko z Bieńkowskim w referacie żydowskim Departamentu Spraw Wewnętrznych Delegatury i zarazem w Komórce Więziennej. Równolegle zatrudniony był w Biurze Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK jako jeden z referentów. Wszystkie te zajęcia dawały mu szczegółową wiedzę o różnorodnych przejawach hitlerowskiego terroru okupacyjnego, a także wgląd w wiele problemów Polski Podziemnej. W czasie powstania warszawskiego redagował biuletyn „Wiadomości z Miasta i Wiadomości Radiowe” ukazujący się w Śródmieściu. Po upadku powstania wszedł w skład BIP odbudowanego przez Kazimierza Moczarskiego i sekretarzował redakcji „Biuletynu Informacyjnego”. Wiosną 1945 został przyjęty do najściślej tajnej organizacji „Nie”, która miała być swego rodzaju zakonem niepodległościowym.
Był urzędnikiem Delegatury i AK, ale jednocześnie zdobył doświad­czenia redaktora, publicysty, kronikarza, dokumentalisty, umiejętność analizowania prasy. Poznał wielu wybitnych ludzi, którzy wywarli nań poważny wpływ. Okupacyjne doświadczenia kształtowały warsztat przyszłego badacza, ale też osobowość człowieka. Wielokrotnie później podkreślał swoją antytotalitarną postawę właśnie ze względu na zbrodniczość wszelkiego totalitaryzmu, prawicowego czy lewicowego. Chociaż tak czynny w konspiracji, nie walczył z bronią w ręku. Narzędziem walki było w tym wypadku rejestrowanie zbrodni okupanta, pomoc ludziom ściganym i prześladowanym, oddziaływanie słowem pisanym. Ten rodzaj walki, nie mniej ważny od orężnej, kształtował go także na lata powojenne. Do wytrwania w takiej postawie pomogły mu cechy charakteru – wysoki poziom odwagi cywilnej, umiejętność jawnego przeciwstawiania się, zadziorność, a jednocześnie dokładność, metodyczność, wytrwałość, zdolność planowania długotrwałej pracy.
Jako historyk debiutował w 1946 studium „Egzekucje publiczne w Warszawie w latach 1943 do 1944” zamieszczonym w tomie I „Biuletynu Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce”. W „Gazecie Ludowej”, gdzie pracował, napisał w 1946 ponad 50 notatek i artykułów. Dominowały w nich trzy wątki zainteresowań, którym pozostał wierny przez wiele następnych lat: zbrodnie niemieckie, szczególnie w Warszawie, powstanie warszawskie (opublikował jedną z pierwszych, a chyba pierwszą tak obszerną wówczas kronikę powstania) oraz męczeństwo Żydów i pomoc udzielana im przez polskie podziemie. W tamtym czasie przyjął też od prof. Stanisława Płoskiego właściwą mu potem metodologię badawczą. „Płoski stał na bardzo realistycznym stanowisku, że w aktualnie panującym w Polsce systemie niewiele będzie można zrobić. Jednak nie oznacza to, że historycy mieli zrezygnować ze swoich zadań. Według niego należało więc przede wszystkim dążyć do ustalenia i publikowania w możliwie zwięzłej i suchej formie jak najwięcej faktów. Przyszłe zaś syntezy i opracowania pozostawić na czas, gdy warunki polityczne jakoś się zmienią, nawet gdyby miało to trwać bardzo długo. Dla przyszłych pokoleń prace dokumentacyjne będą mieć podstawowe znaczenie”.
Nie od razu mógł podjąć realizację tych zamierzeń, ponieważ w listopadzie 1946 r. został aresztowany i przesiedział w areszcie śledczym UB do kwietnia 1948 r. Ponownie w celi znalazł się w grudniu 1949, a w maju 1952 r. skazano go w niejawnym procesie na 8 lat. Zwolniony ze względu na stan zdrowia w sierpniu 1954 r., rok później został zrehabilitowany. Wyszedł chory na gruźlicę, serce, stawy.
Od 1956 r. zaczynał się nowy rozdział życia Władysława Bar­toszewskiego jako kronikarza i historyka lat okupacji. Od 1956 współpracował, a wkrótce otrzymał etat w „Stolicy”. Wyrzucony w 1960 r., został zatrudniony przez redakcję „Tygodnika Powszechnego”, z którym współpracował od 1957 r. Jako dziennikarz zajmował się tylko tematyką okupacyjną. Było to ogromne pole do pracy i zmagań z cenzurą i z władzami PRL. Pamięć o okupacji została w pierwszym dziesięcioleciu PRL ogromnie zaburzona i stała się problemem swoistej schizofrenii. W publikacjach prasowych i książkowych wspominano okupacyjny terror, natomiast walka z okupantem, czy zbrojna, czy cywilna, została zredukowana do czynów bojowych Gwardii i Armii Ludowej. Pojęcie „państwo podziemne” było zakazane, Armia Krajowa oskarżona o współdziałanie z Niemcami (przed 1956) lub bierność (po 1956), ale zarówno przed, jak i po tej dacie o „reakcyjne oblicze”. Jednocześnie w prywatnej świadomości, zwłaszcza ludzi pamiętających lata wojny, zachował się obraz AK jako czynnej, walczącej organizacji, a zarazem patriotycznego sprzysiężenia narodowego. Ten stan rzeczy – rozdzielenia wiedzy oficjalnej od przechowywanej prywatnie — trwał właściwie do końca istnienia PRL.
Na tym tle wyraźniej rysuje się specyfika twórczości Bartoszewskiego. Publikując artykuły o akcjach zbrojnych AK, wydawnictwach „londyńskiego” podziemia, pomocy niesionej prześladowanym Żydom, o dziejach powstania warszawskiego, a także relacjonując fakty dotyczące zbrodni niemieckich, których ofiarą padali głównie niekomuniści (choćby ze względu na małą liczbę komunistów), całym swoim pisarstwem polemizował z lansowanym odgórnie obrazem okupacji. Wydobywał fakty, które trudno już było potem zupełnie przemilczeć. Ponieważ zaś tych artykułów i faktów było bardzo wiele, toteż i obraz całości musiał się zacząć zmieniać. W walce tej nie był Bartoszewski osamotniony, prowadziło ją także kilku, może kilkunastu innych publicystów i historyków. Bartoszewski był jednak najaktywniejszy, a jednocześnie — co było wówczas rzadkością wśród historyków i publicystów zajmujących się dziejami okupacji — nie godził się na złożenie okupu moczarowcom lub PAX-owi.
Od 1956 do 1970 r. Władysław Bartoszewski opublikował 320 pozycji, w tym książki „Prawda o von dem Bachu” (1961), „Warszawski pierścień śmierci” (1968) oraz najważniejszą z nich, opracowaną wspólnie z Zofią Lewinówną, „Ten jest z Ojczyzny mojej” (1967) o zagładzie Żydów i pomocy udzielanej im przez Polaków. Dwie ostatnie z tych książek zostały przełożone także na języki obce. Otrzymał nagrody zarówno krajowe — tygodnika „Polityka”, jak i emigracyjne — Koła AK w Wielkiej Brytanii (1967) i Alfreda Jurzykowskiego (1969).
W tych latach Bartoszewski stał się osobą znaną i honorowaną za granicą. W 1963 r. został zaproszony do Izraela, gdzie zasadził „drzewko życia” i otrzymał tytuł Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. Także w 1963 podjął współpracę z austriackim tygodnikiem katolickim „Die Furche”, która zapoczątkowała jego wieloletnią obecność na niemieckim rynku czytelniczym.
Wrodzona czy nabyta niepokorność Bartoszewskiego nie pozwalała mu poprzestać na tej pracy. W 1964 r. „maczał palce” w organizowaniu „Listu 34”. Od 1963 roku pozostawał w konspiracyjnym kontakcie z Tadeuszem Żenczykowskim, na którego ręce przesyłał teksty dla Radia Wolna Europa. Kilka z nich zostało potem wydrukowanych na łamach pisma „Na Antenie” wydawanego przez rozgłośnię. Dnia 1 października 1970 r. do jego domu wkroczyła ekipa funkcjonariuszy SB i przeprowadziła wielogodzinną, szczegółową rewizję, by znaleźć dowody „zdrady”. Nie znaleźli niczego. Postępowanie jednak rozpoczęto i przez kilka miesięcy Bartoszewski był przesłuchiwany przez prokuratora. W końcu, wobec braku dowodów winy, na początku 1971 sprawę umorzono. Wydano jednak wyrok w trybie administracyjnym i niejawnym, pozbawiając Bartoszewskiego możliwości publikowania — jak się okazało — na trzy lata. Właściwie powinien był w tej sytuacji przycichnąć i „zejść z oczu”, tymczasem w grudniu 1971 r. zdecydował się przyjąć „bardzo złą” nagrodę londyńskich „Wiadomości” i to ex aequoz pierwszoplanową postacią emigracji — Adamem Ciołkoszem.
W okresie „niebytu” opublikował jednak kilkanaście niewielkich prac w „Roczniku Warszawskim”, „Zeszytach Oświęcimskich”, „Dziejach Najnowszych” i innych pismach specjalistycznych. Dla szerszego czytelnika mógł zacząć pisywać w 1973 roku, a w 1974 r. powrócił na dobre. Jego ogromne kalendarium „1859 dni Warszawy”, opublikowane przez Wydawnictwo „Znak”, zostało rozkupione błyskawicznie, a także doczekało się kilkudziesięciu recenzji. Miał swój pokaźny udział także w kilkutomowym, monumentalnym dziele „Ludność cywilna w powstaniu warszawskim”. Poza tym w 1973 r. otrzymał etat profesora historii na KUL oraz od 1972 r. był sekretarzem generalnym Polskiego PEN-Clubu.
W 1976 r. rozpoczął kolejną fazę swych zmagań z PRL i niezależnej działalności obywatelskiej. Podpisał tzw. List 14, sprzeciwiających się wpisaniu do konstytucji PRL zapisu o sojuszu z ZSRR. W 1977 r. był wśród sygnatariuszy listu w obronie prześladowanych robotników Radomia i Ursusa. W styczniu 1978 r. należał do współzałożycieli Towarzystwa Kursów Naukowych i podjął — urządzane w prywatnych mieszkaniach — wykłady na temat historii politycznej Polski w okresie wojny i okupacji. Prowadził je przez trzy semestry. W semestrze czwartym milicja i SB nie dopuściły już do publicznych wykładów. Za wykład inauguracyjny, który rozpocząć miał zajęcia TKN jesienią 1979 r został postawiony przed kolegium ds. wykroczeń i skazany na karę grzywny. Jak wszystkie osoby związane z niezależnymi inicjatywami społecznymi i kulturalnymi był eliminowany z oficjalnego obiegu wydawniczego i publicystycznego. Cenzura dopuszczała do druku jego teksty w „Tygodniku Powszechnym”, „Więzi”, niekiedy w wydawnictwach specjalistycznych, ale uniemożliwiała druk w czasopismach „świeckich”, nie dopuszczano go do radia, telewizji, odmawiano zgody na wznowienia książek.
Na zablokowanie możliwości popularyzowania wiedzy w normalnych środkach przekazu odpowiadał mnożeniem odczytów w kościołach i duszpasterstwach różnych miast. Na jego prelekcje przychodziło nawet po kilkuset słuchaczy, a popularnością w dyscyplinie „odczyt publiczny” mógł się z nim mierzyć chyba tylko Stefan Kisielewski. W swoim pisarstwie tego okresu (i wcześniejszym) na ogół był bardzo rzeczowy, nawet suchy, unikał komentarzy i ocen wartościujących, koncentrował uwagę na faktach, nieraz bardzo drobnych, które dopiero w zestawieniu dawały przekaz intencji autora. Jako wykładowca także zwracał uwagę na szczegółowe fakty, ale opowiadał o zdarzeniach z niezwykłą swadą, wprowadzał dłuższe, ale interesujące dygresje, nie unikał dowcipów i złośliwości (szczególnie wobec różnych komunistycznych tez propagandowych, „polityki” cenzury itp.).
Również przeciwnicy polityczni, historycy związani z PZPR, nie kwestionowali jego wybitnych kompetencji jako jednego z najwybit­niejszych znawców prasy i wydawnictw z okresu okupacji, podziemnego życia kulturalnego, problematyki terroru hitlerowskiego, wojennych dziejów Warszawy, w tym powstania warszawskiego.
Szczególną pozycję zarówno w kraju, jak za granicą, miał jako badacz Holocaustu oraz inicjator systematycznych badań nad stosunkami polsko-żydowskimi w latach okupacji. Tę szczególną jego pozycję umacniał fakt, że w czasie wojny był wśród organizatorów pomocy, że był jednocześnie badaczem i świadkiem. Dla ogromnej części społeczności żydowskiej w Izraelu i w diasporze symbolizował obraz „sprawiedliwego Polaka”. Jego głos był więc lepiej słyszalny, gdy przeciwstawiał się zarówno antysemityzmowi, jak i obciążaniu narodu polskiego odpowiedzialnością za wymordowanie trzech milionów polskich Żydów. Nie wiem, czy ktoś bardziej od Bartoszewskiego jest zasłużony w przełamywaniu uprzedzeń wobec Żydów wśród Polaków oraz niechęci do Polaków wśród Żydów. Wątek dialogu polsko-żydowskiego jest jednym z dominujących w jego biografii i twórczości. Zaczął się jeszcze w latach wojny, potem w Lidze do Walki z Rasizmem, której był współzałożycielem, dalej prowadził poprzez rozmaite prace pisarskie, z których najważniejszą jest tom „Ten jest z Ojczyzny mojej”, a trwa do dni dzisiejszych.
W epoce posierpniowej nie dał się porwać polityce. Sygnował list polskich intelektualistów w sierpniu 1980, a jesienią wszedł w skład Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania, był członkiem „Soli­darności” i nie odmawiał prośbom o artykuły i wykłady, opublikował też kilka komentarzy o sytuacji w Polsce w „Der Spiegel” i innych pismach zagranicznych, ale działaczem nie został, swych dotychczasowych zajęć nie przerwał. Latem 1981 r. był autorem 67 odcinków audycji radiowej „Dni walczącej stolicy. Kronika Powstania Warszawskiego”. Spisane, zostały one wydane następnie w 1984 r. w Londynie i w podziemiu (kolejne, „jawne” wydanie w 1989 r.). Jesienią 1981 ukazała się opracowana przezeń książka „Polskie Stronnictwo Ludowe w latach 1945—1946. Dokumenty”, zawierająca protokoły posiedzeń władz naczelnych PSL. W obszernym wywiadzie autobiograficznym, udzielonym Łukaszowi Kądzieli, mówił: „Z całego dorobku mojego życia nie żałuję ani jednego napisanego zdania, choć na pewno niejedno napisałbym lepiej, precyzyjniej, mądrzej czy trafniej. Nie ma takiego zdania, a tym bardziej ustępu czy artykułu, o którym marzyłbym, aby zapadł się on pod ziemię, aby nigdy nie był napisany. Przywiązuję bardzo dużą wagę do tego stwierdzenia.
Dnia 13 grudnia 1981 r. został internowany, osadzony w podwar­szawskim więzieniu w Białołęce, następnie przewieziony do Drawska, gdzie skupiono grono intelektualistów „Solidarności”. Został tam — jako więzień najstarszy stażem — wybrany na starostę więziennej „komuny”. Zwolniono go 28 kwietnia 1982 r. Próbował wrócić do swych zwykłych zajęć. Latem tego roku ukazała się złożona przezeń książka „Doświadczenia lat wojny 1939—1943”, dwa lata później wznowienie „1839 dni Warszawy”.
Poprzednie książki wywoływały szeroki rezonans, liczne recenzje. Nowe książki, jak i poprzednie, błyskawicznie rozkupiono, ale bezpośredni ich oddźwięk był niewielki. Oczywiście w warunkach stanu wojennego większość autorów życzliwych Bartoszewskiemu unikała występów w oficjalnej prasie. Ale również echo w prasie katolickiej i podziemnej było małe. Zmieniała się bowiem epoka. Zainteresowanie okupacją niemiecką słabło i zmieniało charakter. Ubyło ludzi, dla których przekaz o tamtych latach był sprawą osobistą. Legenda Polski Podziemnej i Powstania była wypierana i osłabiana przez legendę „Solidarności” i współczesnego podziemia. Młodzież mniej interesowały szczegóły, bardziej pragnęła syntez, i to możliwie jednoznacznych, zgodnych z klimatem ostrej walki lat osiemdziesiątych. Namawiano wielokrotnie Bartoszewskiego, by taką syntezę napisał. Nie mogła nią być ze względu na zbyt skrótową formę broszura „Polskie państwo podziemne 1939—1943” wydana przez NOW-ą w 1980 r. Odpowiadał, że o tym myśli, ale planu tego dotychczas nie zrealizował. Zapewne badacz tak przywiązany do rzetelnego podawania nawet drobnych faktów, aby podjąć się opracowania spraw mniej mu znanych, musiałby przeprowadzić rozległe, obliczone na parę lat badania w archiwach. Może też zanadto zrósł się z metodologią zaprojektowaną przez Płoskiego, którą sam rozwinął w odrębny, właściwy mu gatunek pisarstwa historycznego.
Próbował natomiast nowego dla siebie gatunku — prób zwięzłych szkiców syntetycznych. W 1983 r. w londyńskim „Pulsie” ukazała się jego broszura „Los Żydów Warszawy 1939-1943” oraz w 1986 w Niemczech „Das Warschauer Ghetto – wie es wirklich war”.Podjął próbę nakreślenia sensu i znaczenia powstania warszawskiego. Swoje doświadczenia życiowe na tle historii kraju opisał w szkicu pamiętnika „Jesień nadziei”. Warto być przyzwoitym, który miał kilka wydań niemiecko- i polskojęzycznych. W 1986 opublikował pod pseudonimem ZZZ syntetyczne opracowanie „Syndykat zbrodni”, przedstawiające dzieje UB.
Przyjęcie propozycji wykładów naukowych w Berlinie w roku akademickim 1982/83 otwiera nowy etap życia i działalności Bartoszewskiego. W 1983 r. otrzymał prestiżową wiedeńską nagrodę im. Herdera. W roku 1983/84 wykładał na uniwersytecie monachijskim. Na rok powrócił do Polski, by w listopadzie 1985 r. znów podjąć wykłady i zajęcia z niemieckimi studentami — w Eichstätt, ponownie w Monachium oraz w Augsburgu. Stał się jednym z najczęściej drukowanych w RFN i Austrii Polaków. Przemierzał te kraje z odczytami, prelekcjami, udzielał wywiadów. Cieszył się wielkim prestiżem, czego najwyrazistszym dowodem była nagroda pokojowa księgarzy niemieckich przyznana mu w 1986 r. Praca wykładowcy i nauczyciela akademickiego w Niemczech pociągała go i angażowała coraz bardziej. Miała także znaczenie ogólniejsze: „wprawdzie w świadomości ogółu Niemców istnieje problem winy i odpowiedzialności za straszliwą zbrodnię zagłady Żydów europejskich, rzadkością natomiast jest poczucie odpowiedzialności moralnej zazbrodnie dokonywane na Polakach i w ogóle na Słowianach”. Tylko nieliczni chcą poznać także i tę część prawdy o latach 1939-1944. Ten obraz chciał zmienić, a jednocześnie budować zrozumienie dla Polski, jej historii i jej problemów. Jak bowiem mówił, „najważniejsze jest nie to, co gotowi są oświadczyć i podpisać politycy, choć pomniejszać tego nie należy, ale jakie procesy zachodzą w odczuwaniu, w sumieniu i intelekcie ludzi różnych narodów, na ile przezwyciężony stereotyp w myśleniu innych, egoizm, a nawet egotyzm”. Perspektywa, ku której Polacy i Niemcy, a także inne narody winny zmierzać, to „powszechna oczywistość pojęć takich, jak wolność i godność osoby ludzkiej, poszanowanie życia ludzkiego, negatywna postawa wobec wszelkich form gwałtu i przemocy, solidarność z prześladowanymi, opiekuńczość wobec słabych i bezbronnych, szczególny stosunek troski wobec matki i dziecka”.
Bartoszewski wymyka się jednoznacznym kryteriom ideowo- politycznym. Zaczynał jako działacz katolickiej konspiracji, ale co najmniej równy wpływ wywarło na niego środowisko BIP AK. Po wojnie działał w PSL, ale był raczej przykładem „ludowca z Marszałkowskiej”, który znalazł w PSL możliwość zgodnej z sumieniem twórczej pracy. Przez wiele lat związany z „Tygodnikiem Powszechnym”, uchodził za wybitnego przedstawiciela Ruchu Znak, chociaż nie był członkiem Klubu Inteligencji Katolickiej, a w redakcji „Tygodnika” znalazł się dopiero w 1982 r. Walczący przez całe życie o tradycje AK i Powstania, nigdy nie splamiony współpracą z reżimem, jeden z „żelaznych” wykładowców Tygodni Kultury Chrześcijańskiej, nie został uznany przez neopatriotów i neoniepodległościowców za postać im bliską, dość patriotyczną i narodową. Bo jest to człowiek innej kultury politycznej, ożywionej tradycjami tolerancji, antynacjonalistycznego patriotyzmu, przyznania wyższości praw człowieka i praw obywatelskich nad podziałami ideowymi czy religijnymi. Jest katolikiem, ale jego wiara nie jest doktryną ideologiczną. Nie ma w sobie nic z inkwizytora. Jest typem raczej pozytywisty, z pewnością nie rewolucjonisty. Zachowuje pewien dystans wobec bieżących wydarzeń, nie poddaje się modom intelektualnym. Zawsze jest w nim cień sceptycyzmu i ironii, powiązanej z niezmiennym, tradycyjnym systemem wartości. Nie ulega nagłej, płomiennej fascynacji ani nieopanowanej wrogości. Unika również etykiety człowieka jednej grupy politycznej, a sam o sobie mówi, że jest „człowiekiem trochę «osobnym»”.
Po utworzeniu rządu Tadeusza Mazowieckiego [w 1989 r.] Bar­toszewski oddał się do dyspozycji. Od września 1990 roku jest ambasadorem Rzeczypospolitej Polskiej w Wiedniu.
W 1992 roku obchodził jubileusz siedemdziesięciolecia. Uczczony został księgą zawierającą szkic sylwetki jubilata napisany przez Aleksandra Gieysztora, kalendarium życia opracowane przez Andrzeja K. Kunerta oraz bibliografię prac obejmującą ponad 800 pozycji, opracowaną przez Zofię Steczowicz-Sajderową.
Miarą oceny dorobku naukowego jest pisarstwo i uczniowie. Przez ponad 10 lat pracy na KUL Bartoszewski wypromował ponad trzydziestu magistrów. Pod jego opieką powstało co najmniej kilka prac bardzo wartościowych, niestety, na ogół nie wydrukowanych. Dla wielu także nie związanych z KUL młodszych historyków Bartoszewski był autorytetem, służył im pomocą, radą, udostępniał książki, broszury, relacje. Należy tu wspomnieć zwłaszcza Andrzeja Krzysztofa Kunerta, który kontynuuje i rozwija metodologię badań stworzoną przez Bartoszewskiego. Również niżej podpisany wiele zawdzięcza osobie bohatera tego szkicu.
We wspomnianym szkicu Aleksander Gieysztor tak ocenia pisarstwo Bartoszewskiego: „Jego publicystyka i historiografia wyprzedzały wówczas Zarówno pierwszeństwem w podejmowaniu spraw, którymi się mało kto Zajmował, jak też wolnością myśli i słowa w czasach zatruwania umysłów i uczuć odbiorców słowa drukowanego nieprawdą, półprawdą i zmową milczenia. […]
We wszystkim, co pisze ten autor, imponuje rozległość i głębokość kwerendy Źródeł archiwalnych i czasopiśmienniczych, w szczególności umiejętność wywoływania i użytkowania relacji świadków. Wielu z nich odeszło, stąd wartość tych Zapisów dodana przez chwilę ich uchwycenia. Napawa uznaniem krytycyzm, czasem ukryty przed okiem czytelnika, zawsze wyczuwalny, w decyzji wyboru świadectwa i okazania mu ufności. […]
Pisarstwo historyczne Władysława Bartoszewskiego ma wysoką tem­peraturę uczucia nie tylko dzięki jego pasji zdobywania wiedzy. Nie kryje on bowiem swego długu, który spłaca wobec poległych na różnych frontach walki Z wrogiem i nieludzkim, upostaciowanym ziem. Imiona i nazwiska ludzi walki, nazwy ich grup, imiona i nazwiska bezbronnych ofiar i ich katów, zawsze w bardzo szerokiej skali społecznej, tchną z kart jego książek tragizmem żywym i dojmującym”.
Siła i stałość przekonań, niezłomność charakteru, żelazne zasady postępowania w stosunkach międzyludzkich, trwałość zainteresowań, niezmienność hierarchii wartości, autentyczna pasja życia pojmowane go jako tworzenie — te cechy właściwe Bartoszewskiemu są dziś niezmiernie rzadkie. Dzięki nim jest człowiekiem „starej daty” w najlepszym znaczeniu tego pojęcia. 

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.